Doraq w krainie genderu, a czasem też w oparach absurdu
Kategorie: Wszystkie | Life goes on
RSS
wtorek, 01 listopada 2011
Dzien 25 - Nowy Jork - Uprzejme Halloween

Wbrew prognozom - wcale dzis nie zmarzlam. Nie wykluczam jednak, ze to efekt przywdziania dziesieciu swetrow. Sniegu w Big Apple brak, zamiast niego - sloneczko. Oraz halloweenowe szalenstwo. Ale o nim za chwile.

Bo najpierw o tym, o czym lubie pisac najbardziej - czyli o uprzejmosci Amerykanow. Moja teza sprawdza sie na kazdym kroku. Jedynym wyjatkiem do tej pory byl pan kierowca z Los Angeles. Gdy wsiadlam do autobusu, zapytalam go grzecznie:

Doraq: Przepraszam pana bardzo, z rozkladu przyklejonego do wiaty wynika, ze chcac dotrzec do ulicy Laurel Canyon, powinnam wysiasc na nastepnym przystanku. Czy to prawda?

Kierowca: Prawda.

Gdy wiec zatrzymalismy sie na kolejnym przystanku, zapytalam w kwestii formalnej:

Doraq: Panie kierowco, czy to przystanek Laurel Canyon?

Kierowca: Nie.

Na nastepnym przystanku, ponowilam pytanie:

Doraq: A czy to juz Laurel Canyon?

Kierowca: Nie.

Na kolejnym:

Doraq: A tu?

Kierowca: Nieee.

Postanowilam wiec wziac go sposobem:

Doraq: Panie kierowco, bo ja i tak przez caly czas tu kolo pana stoje. Czy bylby pan tak uprzejmy i powiedzial mi, kiedy zatrzymamy sie na Laurel Canyon, bym mogla wysiasc?

Kierowca: Tak.

W spokoju ducha jechalam wiec z nim dalej, az w pewnym momencie cos mnie tknelo:

Doraq: Panie kierowco, widze, ze wlasnie przejechalismy kolo ksiegarni, do ktorej zmierzam. Czy to byl Laurel Canyon?

Kierowca: Tak.

I tym sposobem, chcac nie chcac, skorzystalam z rad wszystkich mozliwych dietetykow, ktorzy sugeruja, by chcac zachowac dobra forme, zawsze jeden przystanek od celu pokonywac na piechote. Jednoczesnie jednak zatesknilam za nowojorskim kierowca - Peterem (pamietacie? ten czlowiek renesansu z moich pierwszych dni w NYC), ktory nie tylko poinformowalby mnie gdzie wysiasc, ale tez opowiedzial historie calej dzielnicy, a nawet zaspiewal o niej piosenke.

Sytuacja z Los Angeles byla jednak wyjatkiem. Bo dzis znow dwa razy przekonalam sie o uprzejmosci Amerykanow. Po raz pierwszy - rano - na przystanku. Wczoraj wykorzystalam juz wszystkie srodki na mojej MetroCard, wiec dzis za bilet postanowilam zaplacic gotowka. Weszlam do autobusu, majac w reku odlozona rowna sume 2 dolarow i 25 centow. Pan kierowca z pozoru nie nalezal do milych, bo szorstko powiedzial mi, ze banknotow automat nie przyjmuje. Chwile pomilczalam, liczac na to, ze zmieknie. Gdy tak sie nie stalo, zrezygnowana powiedzialam: "No dobrze, pan jedzie. Pojde do sklepu i wymienie dolce na moniaki".

Wyszlam za autobusu, zamienilam w sklepie pieniadze, wyszlam... a tu sie okazalo, ze pan kierowca caly czas na mnie czekal! Byloby to potwornie mile i wzruszajace, gdyby nie fakt, ze  szczerze mowiac (przekonana o tym, ze musze czekac na kolejny autobus) jakos szczegolnie sie w sklepie nie spieszylam. Wiecej - przechadzalam sie miedzy polkami przegladajac sklad produktow spozywczych, dokonalam kwerendy amerykanskiej chemii gospodarczej, kupilam sobie kawke na wynos... Dlatego gdy weszlam do autobusu, musialam schowac glowe do torebki i napredce dokleic sobie wasy i brode, bo spieszacy sie do pracy pasazerowie spogladali na mnie z nienawiscia. Coz moglam zrobic? Chyba tylko im pomachac...

Druga sytuacja miala natomiast miejsce w aptecznej sieciowce. Otoz: moja kolezanka poprosila, bym kupila jej w USA pewien suplement diety, niedostepny w Polsce. Spogladajac na polke ucieszylam sie, bo sie okazalo, ze jesli kupie jeden, drugi dostane gratis. A to dla kolezanki czynilo ten zakup oplacalnym, bo specyfik byl dosc drogi.

Niestety, gdy podeszlam do kasy, okazalo sie, ze promocja dotyczy wylacznie posiadaczy aptecznej karty klubowej (lekomanow??!!):

Pani-Sprzedawczyni: Ma pani nasza karte klubowa?

Doraq (zasmucona): Kurcze no, nie mam...

Pani-Sprzedawczyni (rozglada sie na prawo i lewo i mowi szeptem): Csss... ale ja mam!

I tym sposobem skorzystalam z promocji. No jak ich nie kochac, tych bialozebnych Jankesow?

No dobrze, ale teraz o Halloween. Hm... decyzja, by spedzic ten dzien w Nowym Jorku (podjeta juz wiele miesiecy temu) byla jak najbardziej trafiona. O rany... wiedzialam, ze Amerykanie maja zajoba na punkcie tego swieta (patrz: domowka w San Diego), ale to, co sie dzis dzialo na Greenwich Village to jakies totalne szalenstwo! Szczerze mowiac - czulam sie tam jak ostatni dziwak. Bo po ulicach biegaly diably, Flinstonowie, spidermani, spersonifikowana chemia gospodarcza i rynek alkoholowo-nikotynowy, szaleni doktorzy, czarownice... Tylko ja nie przebrana. Jak ten gbur ostatni.

Powodem mojej wizyty na Greenwich Village byla oczywiscie parada halloweenowa. Rzeczywiscie rewelacyjna i doswiadczenie to wpisuje do kategorii "wow!". Niestety, zdjec nie wkleje, bo sa bardzo kiepskiej jakosci. O wlasnie, i sie okazalo, ze choc Amerykanie przyjazni, to ja nie bardzo. No dobrze, nie ukrywam, ze jako kobieta przywykla do luksusu, mialam w glowie nierealna fantazje, ze parade przyjdzie obejrzec 5 osob na krzyz, a ja - najlepiej usadziwszy sie w wygodnym fotelu i popijajac Dom Perignon - bede sobie wszystko filmowac i cykac fotki na bloga.

Tymczasem rzeczywistosc byla oczywista - dziki tlum, a ja gdzies w pietnastym rzedzie. Ale nie to bylo najgorsze. Najgorsza byla Yumiko. Czyli jakas durna Japonka, ktorej imie znam stad, ze jej przyjaciolce geba sie nie zamykala i ciagle do niej wrzeszczala: "Hej Yumiko to, hej Yumiko tamto". I wlasnie Yumiko zostala obdarzona przez niebiosa talentem do wtarabaniania sie swoim iPhonem w kadr mojej kamery. W pewnym momencie zaczelam sie zastanawiac, czy Yumiko nie jest przypadkiem jakas meduza, bo to niemozliwe, by zwykly czlowiek mial tyle rak. Gdziekolwiek sie nie przesunelam, by uniknac iPhone'a Yumiko, sekunde pozniej on juz byl w kadrze. Przyrzekam, gdyby nie to, ze uslyszalam niedawno, ze jestem dobra i kochana, rozpoczelabym moja konwersacje z nowa japonska przyjaciolka slowami: "Hej Yumiko, a w ryja chcesz?". Zamiast tego, odpuscilam filmowanie i fotografowanie i podskakujac od czasu do czasu, udalo mi sie cokolwiek z parady zobaczyc.

A to, co zobaczylam na maksa mi sie podobalo! Byly gigantyczne kukly w ksztalcie kosciotrupow, wielki chinski smok, Elmo i Erni jako manifestanci okupujacy Ulice Sezamkowa, ucharakteryzowani tancerze tanczacy do "Thrillera" Michaela Jacksona. Strasznie chcialabym Wam to wszystko pokazac... Ale zamiast tego, musi Wam niestety wystarczyc filmik z zeszlorocznej parady na Greenwich. Klimat podobny. Enjoy!

 

poniedziałek, 31 października 2011
Dzien 24 - San Diego - Nowy Jork - Czas Apokalipsy

I znow bez polskich znakow, bom juz z powrotem w Nowym Jorku i znow z mateuszowego kompa do Was pisze.

Poza tym - znow bez sensacji, bo caly dzien w zasadzie uplynal w samolocie z Kalifornii. Z nowosci - po raz pierwszy bylam na lotnisku sprawdzana tym kontrowersyjnym skanerem - rentgenem. Troche dziwny, bo nawet chusteczki higieniczne kaza z kieszeni wyjmowac. Niedlugo beda mi kazac na golasa przechodzic przez kontrole bezpieczenstwa.

Poza tym, oczywiscie, troszke sie zestresowalam, gdy siedzac na lotnisku sprawdzilam newsy z Nowego Jorku - te o gigantycznej sniezycy na wschodnim wybrzezu. A ja oczywiscie nie mialam ze soba ani jednej cieplej rzeczy. W kazdym razie, okazalo sie, ze nie bylo tak strasznie. Gdy wyladowalam w Nowym Jorku, okazalo sie, ze snieg juz w wiekszosci stopnial. A ja wlozylam na siebie wszystkie ciuchy z walizki i jakos udalo mi sie przebic przez caly Queens bez szronu na wasach.

Ale podobno dzien wczesniej armageddon byl tu niezly - wlasnie pokazali w telewizji, ze w Central Parku zniszczonych jest 1000 drzew!

Ciesze sie, ze jestem z powrotem w NYC. Fajnie zobaczyc znow Marte i Mateusza, pogadac z nimi o pierdolach. No i (nie ukrywam) cudownie bylo zjesc polskie flaczki!

niedziela, 30 października 2011
Dzień 23 - San Diego - Cukierek albo psikus!
Perfekcyjnie piękny, upalny dzień w Kaliforni. Perfekcyjnie piękne miasto. Perfekcyjne towarzystwo. I perfekcyjny samochód (Pontiac kabrio). To wszystko złożyło się na dzisiejszy poranek. Korzystając z wolnego dnia, Chery poobwoziła mnie po mieście (ależ pięknie!). Byłyśmy też w parku narodowym, z którego jest doskonały widok na San Diego:



I gdzie można pomoczyć nogi w takiej dzikiej wersji Pacyfiku:



Och, zgadzam się z Chery, która mówi, że ludzie tu żyjący nie mogą być nieszczęśliwi, skoro każdego ranka budzą się w takim otoczeniu. Co fakt to fakt, szczególnie jeśli dodamy do tego, że gdy siedzimy sobie we dwie na balkonie, dokoła nas latają sobie kolibry (niestety, nie udało mi się uchwycić, strasznie zwiercone). 

Najważniejszym punktem dnia nie był jednak ocean (choć pod wieczór oniemiałam, gdy Chery zabrała mnie na Sunset Cliffs, bym zobaczyła zachód słońca). Priorytetem była wieczorna impreza halloweenowa, na którą trzeba było wykombinować dla mnie kostium.

I teraz mogę obiektywnie stwierdzić, że moje halloweenowe przebranie sponsorowała gmina San Diego. Bo tylko spodnie były moje. Cała reszta - popożyczona od przeróżnych koleżanek Chery - jedna dała kapelusz, druga - różową perukę, trzecia - szpilki, czwarta - gorset, piąta - boa z piór itd. I w zasadzie, to nie bardzo wiem, za kogo byłam przebrana. W pierwotnym zamyśle - miałam być gangsterką. Ale potem okazało się, że boa świetnie pasuje do peruki. Więc generalnie byłam prawdopodobnie panią z kabaretu Olgi Lipińskiej.

Sama impreza była po prostu niesamowita! Domówka na sto osób. Zorganizowana w dwupiętrowej chałupie, w której wszystkie pomieszczenia były udekorowane w konwencji - nawet wannę i glazurę gospodarze pobrudzili sztuczną krwią, a drzwi do łazienki obklejone były taśmą policyjną z napisem "Do not entry". Na ogródku zaprojektowany był cmentarz, w przedpokoju straszyły duchy, itd. itd. A że organizatorka imprezy jest pielęgniarką, słynne amerykańskie jello-shots (w końcu spróbowałam - nic nadzwyczajnego - ot, kisiel z wódą) piło się ze strzykawek!

Aha, no i oczywiście wszyscy byli przebrani - za potwory, świrów, Czerwone Kapturki, Elvisa, meduzy, kowbojów, Abrahama Lincolna... :









Zabawa była zatem przednia, choć oczywiście nie było się bez przypału z udziałem Panny Doraq. Otóż - przebywając od ponad trzech tygodni w towarzystwie samych Amerykanów, zaraziłam się od nich tym hiperentuzjazmem. Więc wykrzykuję "Wow, wow!", nawet gdy światło na ulicy zmienia się z czerwonego na zielone. Tak było również wczoraj - spojrzałam na jakiegoś łysego Azjatę w todze i ryknęłam na cały głos: "Oh my God, how cool! Dalaj Lama!". A tu się okazało, że wcale nie Dalaj Lama, tylko Zeus... Tyle, że skośnooki. Co by wyjaśniało, dlaczego jego dziewczyna przebrała się za grecką boginię...
Dzień 22 - San Diego - Coronado
Dziś dzień relaksu, więc niespecjalnie mam co opisywać. No trochę się nalatałam w ciągu tych wakacji, więc dziś postanowiłam po prostu pospacerować po wybrzeżu w centrum, a potem ruszyłam na wyspę Coronado. Mieści się tam, moim zdaniem, jeden z najbrzydszych hoteli świata (wpiszcie w google hasło: zamek Gargamela, to Wam wyskoczy). Ale sama wyspa wygląda jak piękne i czyste amerykańskie miasteczko. I ma przepiękną plażę, na której sobie po prostu zaległam i czytałam książkę - tak, tak, bo tu ciepło mamy. 

Wieczór z kolei upłynął w towarzystwie Chery i jej ukraińskiej przyjaciółki - Katii (nie ma to jak dyskusja z inną słowianką o pierogach i barszczu!) na doskonałym sushi. Aha - w San Diego może nie ma czego zwiedzać, ale miasto zdecydowanie jest piękne. Mogłabym tu żyć.
Dzień 21 - San Diego - Karaoke!
No i znów ruszyłam na południe. Wsiadłam w pociąg i po południu trafiłam do San Diego. Mieszkam tu u sympatycznej 30-latki o imieniu Chery. Taka bardzo miła i bardzo amerykańska singielka pracoholiczka. 

Na razie z doświadczeń san-diegowych mam na koncie tylko wypad z Chery do knajpy karaoke. No, troszkę się zabalowało... Ale tym sposobem zadebiutowałam na kalifornijskich scenach brawurowym wykonaniem piosenki "New York, New York". Dobry start.
Dzień 20 - Los Angeles jest (niekiedy) piękne!
Na ostatni dzień w Los Angeles programem był brak programu. Zobaczyłam już praktycznie wszystko co chciałam zobaczyć, więc postanowiłam poszwendać się bez celu po downtown (u Was w Polska to się chyba mówi po prostu "po centrum", right? :)). Tym bardziej, że pogoda w końcu zrobiła się kalifornijska.

I powiem Wam, że strasznie mi się (dla odmiany...) podobało. Na początku zahaczyłam jeszcze o Hollywood Hills, żeby bliżej pokontemplować napis Hollywood, a potem ruszyłam do śródmieścia. Z rzeczy, które najbardziej mi się spodobały, to na pewno sala koncertowa Disneya i El Pueblo, czyli najstarsza część Los Angeles. Wygląda jak mały Meksyk - klimatyczne domki, knajpki, placyki, kościół... Oczywiście w moim przewodniku nie było na ten temat ani słowa, bo zamiast włóczyć się po Pueblo powinnam była odwiedzić miejsce wylęgu żaby rechotki lub coś w tym stylu. Aha, no i jeszcze okazało się, że LA ma najładniejszy dworzec kolejowy, jaki w życiu widziałam - taki zabytkowy, nieśmierdzący, z siedzeniami wykonanymi ze skóry i drewna i poczekalnią z fontanną i palmami:



No dobrze, ale największym zaskoczeniem dnia było Grammy Museum. Przyznaję szczerze: weszłam tam trochę z braku laku. A, bo muzeum, a Panna Doraq taka fiu fiu kulturalna, to se wejdzie. I co? I siedziałam tam 3 godziny! 

Serio - ja, która o muzyce potrafię powiedzieć tylko tyle, że "ładna i rytmiczna". I która do niedawna byłam przekonana, że Kanye West to kobieta. A Cypress Hill - osoba (Imię: Cypress, nazwisko: Hill, taka amerykańska piosenkarka soulowa...). Weszłam tam więc jako laik, a wyszłam jako Jimmi Hendrix! Bo w muzeum nie tylko jest mnóstwo fajnych eksponatów - typu kostiumy Michaela Jacksona. Ja tam na perkusji grałam, remiksowałam piosenki George'a Harrisona, uczyłam się komponowania piosenek, DJ-ki. Super sprawa! 

Aha, jeszcze a propos muzyki, przypomniało mi się, że pan kierowca, który dwa dni wcześniej obwoził mnie po domach gwiazd w Beverly Hills, okazał się wielkim fanem Basi i podczas przejażdzki puszał jej piosenki. Ale powiedział, że choć ma wszystkie jej płyty, za cholerę nie jest w stanie wymówić jej nazwiska. I rechotał przez godzinę, gdy powiedziałam, że Trzetrzelewska.

No więc tak to miło minął mi dzień. Tymczasem wieczór spędziłam z Sunnym. Najpierw na halloweenowym shoppingu, bo Sunny musiał kupić sobie kostium. A potem pokazał mi jeszcze cmentarz, na którym pochowali Jacksona i zabrał do Griffith Observatory - tego obserwatorium, które występowało w filmie "Utalentowany Pan Ripley". Jest stamtąd najlepszy widok na miasto. O kurcze - z perspektywy obserwatorium, LA wygląda jakby drogę mleczną ktoś położył na ziemi. Miasto ciągnie się po horyzont! Co za olbrzym! Nigdy nie widziałam czegoś podobnego! Szkoda będzie stąd wyjeżdżać...

PS. Aha, jeszcze durna historyjka z cyklu: "Panna Doraq na wakacjach". Otóż: gdy wracałam z Disney Concert Hall, na światłach zaczepił mnie sprzedawca M&M'sów. Strasznie mi się nie chciało z nim gadać i tłumaczyć, że nie mam ochoty na cuksy, więc co wymyśliłam? Że będę udawać obcokrajowca. Uciec nie mogłam, bo stałam na czerwonym. Oczywiście każdy normalny człowiek powiedziałby: "Przepraszam bardzo, ale nie rozumiem, co pan do mnie mówi, nie mówię po polsku" itd. Co powiedziała Panna Doraq? Powiedziała: "Non capisco". I udawała Włoszkę. Sytuacja się zagęściła, gdy akwizytor zapytał po włosku (prawdopodobnie) gdzie we Włoszech mieszkam. Niewiele myśląc, wydukałam: "Eeee, Amalfi, mamma mia!". No i całe szczęście zrobiło się światło zielone i zwiałam. No idiotka.



sobota, 29 października 2011
Dzień 19 - Los Angeles - Na Wisteria Lane

Nie wierzcie piosenkom. To nieprawda, że w Kalifornii nigdy deszcz nie pada, a banany lecą z nieba tak jak deszcz nanananana. Dziś  padało. Bez szaleństw, ale padało. I przez cały dzień nie uświadczyłam ani jednego promienia słońca. Ale i tak było super. Bo odwiedziłam Universal Studios. 


No bardzo polecam! Przez cały dzień gęba śmiała mi się od ucha do ucha. Och, tyle tam atrakcji, że nie wiem, od czego zacząć. Może od Studio Tour, czyli przejażdżki takim busiko-meleksem po planach filmowych. Jedzie się po uliczkach przeróżnych miasteczek (od dzikiego zachodu, po włoską prowincję) i wszystko wygląda całkowicie realistycznie, nawet z bliska. Ale wystarczy podjechać do budynków z drugiej strony, by zobaczyć, że to atrapy. 


Jechaliśmy też przez miejsce, w którym kręcili "Jurassic Park", a w jednym ze studiów pokazali nam symulacje trzęsienia ziemi. Na początku wyglądało to dość łagodnie i tandetnie: ot, autobus trochę się trząsł, a z sufitu spadały kable i leciały iskry, a potem chodnik się łamał na części. Cieszyłam się, że taka jestem dzielna, do momentu, gdy na cały głos nie wrzasnęłam, bo tuż obok mnie... wykoleiło się metro! A potem popękały rury i zaczęła zalewać nas woda.


Jeszcze bardziej wystraszyli mnie przy Godzilli 3D. Wjechaliśmy do jaskini, założyliśmy okulary i... wiem, że to debilnie brzmi, ale myślałam, że padnę na zawał, gdy Godzilla zaczęła rzucać naszym autobusem. A gdy oblazły mnie pająki (tzn. "pseudo-pająki 3D") w histerii wskoczyłam na kolana jakiejś siedzącej obok mnie babie. Tyle dobrego, że ona z kolei wskoczyła na kolana siedzącemu obok niej chłopu. Ale i przez kolejne pół godziny cała nasza trójka unikała kontaktu wzrokowego.


No dobrze, ale oczywiście do Universal Studios wybrałam się po coś zupełnie innego - zrealizować swoje kolejne marzenie. Czyli zobaczyć na żywo Wisteria Lane (dla niewtajemniczonych: uliczka, na której mieszkają "Desperate Housewives", czyli "Gotowe na wszystko"). Nie jestem z tego dumna, ale piszczałam na głos z radości! No sami spójrzcie, jak tam fajnie:




Wygląda na to, że Susan i Mike byli w domu (tak, tak, ja wciąż wierzę, że oni naprawdę żyją ;-)), bo ich Volvo stało na podjeździe:




O, a tu domki, kolejno - Bree i Gabi:



Prawda, że cudowne??? 


No dobrze, ale z innych historii z Universal Studios, to zobaczyłam tam jeszcze halloweenowy dom strachów, projekcję Shreka 4D (taka sobie, trochę dla dzieciaków, no ale ja nigdy nie lubiłam Shreka) plus kilka show: o robieniu efektów specjalnych, o zwierzętach grających w filmach i o popisach kaskaderskich. A, no i jeszcze wsiadłam w taką łódkę "Jurassic Park". I znów - wszystko sprawiało wrażenie mega familijnego - tu sobie płyniemy z innymi ludźmi po jakimś jeziorku i gra muzyka, tu nas tyranozaur opluje, tu diplodok wychyli zza winka, tu brontozaur się na nas krzywo spojrzy... ot, taka miła rozrywka dla gawiedzi. Ha, do momentu, gdy podjechaliśmy pod jakąś bramę nad którą też wisiał dinozaur, a głos z offu rozpoczął odliczanie do zera. Dobra, oczywiście, że już na pierwszy rzut oka można wyczuć grozę takiej sytuacji. Ale prostolinijna Panna Doraq oczywiście zagapiła się na dinozaura i była przekonana, że po odliczaniu brama się otworzy i będą za nią jakieś piękne widoki.


I rzeczywiście - brama się otworzyła, z tym że my runęliśmy naszą łódką niemal pionowo w dół. W tym momencie automatyczny aparat fotograficzny robi uczestnikom wycieczki pamiątkowe zdjęcia. Na moim - wszyscy są uśmiechnięci, mają ręce podniesione do góry, a na twarzy wypisaną myśl: "O jena, jena, jaka tu świetna zabawa". Z wyjątkiem mnie - moje ręce zaciśnięte na barierce i zacięty wyraz twarzy doskonale wyrażają to, co w tamtej chwili myślałam. A myślałam: "O rany, jaka głupia śmierć".

Panna Doraq, lat 27, zginęła w Parku Jurajskim gapiąc się na pterodaktyla.


wtorek, 25 października 2011
Dzień 18 - Hollywood - w pogoni za Meryl


Los Angeles rzeczywiście fascynuje. Chodzę po nim i nie mogę się nadziwić porażającą brzydotą tego miasta! Gdyby w Jankach postawić palmy (z całym szacunkiem dla mieszkańców Janek...), też mieliby Miasto Aniołów. Wszystko wygląda tu tak prowizorycznie, że nie zdecydowałabym się oprzeć o jakikolwiek budynek. W obawie, że się zawali. Choć z drugiej strony - to dość uzasadnione. Skoro i tak przy kolejnym trzęsieniu ziemi wszystko pójdzie w cholerę, to po co się starać?


Mimo to, strasznie jestem zadowolona, że tu przyjechałam. Na ulicach atmosfera totalnego luzu i radości życia. I zdecydowanie mniej świrów i bezdomnych spotykam, niż w San Francisco - ale to pewnie dlatego, że mieszkam w super miłej, familijnej dzielnicy (Valley Village), a wszystkie wariaty siedzą tymczasem na Venice Beach. Albo w dzielnicach slumsowych, które omijam szerokim łukiem.


W ogóle uświadomiłam sobie dzisiaj, że jakoś to LA strasznie demonizowane jest przez ludzi. Nasłuchałam się takich historii, że trochę bałam się tu przyjeżdżać. Zupełnie bezpdstawnie. Wszyscy mówili mi na przykład, że strach jeździć metrem. I że poruszanie się po mieście komunikacją publiczną jest totalnym surwiwalem, bo autobusy i metro kursują raz na kwartał. Dziś to przetestowałam. Ale od początku...


Prawdą jest, że mieszkańcy LA są totalnie samochodocentryczni. Na przykład tacy Wade i Sunny. Zapytałam ich o najbliższy Barnes&Noble (taka sieć księgarni amerykańskich). Odpowiedzieli: "Oooo, to bliziutko! Tuż za rogiem!". I dali adres - jakieś 5 kilometrów od ich mieszkania. Pytam: "A gdzie jest poczta?". Wade i Sunny: "Oooo, rzut beretem!" - w praktyce: 10 km. Oczywiście na piechotę, bo w istocie sieć komunikacji publicznej nie jest tu szczególnie rozbuchana. 


Dla mnie to nie problem. Jestem na wakacjach, nigdzie mi się nie spieszy, uwielbiam się szwendać i patrzeć, jak ludzie żyją. Jedyne, co mi przeszkadza w osiągnięciu pełnego komfortu, to brak przyzwoitej mapy. Ta moja, jak na standardy LA jest i tak dość dokładna. Ale praktyce wygląda to mniej więcej tak, jakby ktoś wydrukował mapę całej Warszawy i zaznaczył na niej tylko Marszałkowską, Puławską i Solidarności. Plus domalował dwie kropki oznaczające Pałac Kultury i Zamek Królewski. Nie mam żalu do autorów - gdyby mieli zaznaczyć wszystkie ulice, mapa LA miałaby pewnie tyle stron, co "Ulisses" Joyce'a. Ale tym sposobem wszystko wydaje mi się tak blisko, blisko siebie, a tak naprawdę jest cholernie daleko. Postanowiłam jakoś nauczyć się z tym żyć. 


Ale Amerykanów cały czas to przerasta. Tubylcy, podobnie jak w Niu Jorku, Bostonie i San Francisco są przemili i pomocni. Jednak wpadają w histerię, gdy poruszam temat komunikacji publicznej. Dla nich pytanie "Przepraszam, którędy do metra?" brzmi jak: "Przepraszam bardzo, ile wynosi pierwiastek z 7921" (dla zaintrygowanych: 89). I najczęściej po prostu nie wiedzą. A jeśli wiedzą, i dowiadują się, że mam zamiar iść na stację na piechotę, muszę im podawać sole trzeźwiące, głaskać po głowie i mówić "wszystko będzie dobrze". Oraz powtarzać ulubiony (jak zdążyłam się od wczoraj zorientować) argument mieszkańców LA: "Ja jestem z Europy, więc przywykłam do używania nóg".


No ale rzeczywiście - mieszkając w okolicy uchodzącej za "dobrze połączoną z resztą miasta", do najbliższej stacji metra maszerowałam dziś rano godzinę. I trochę się bałam co tam zastanę. Po tych wszystkich opowieściach, spodziewałam się na stacji jakichś nie wiem... wykopalisk. A się okazało, że żadnych archeologów z lupą i kilofem tam nie było. Metro jak metro. Taki Plac Wilsona. Ha, nawet dodam, że stacje całkiem fajnie zaprojektowane - w takim kiczowato-hollywoodzkim klimacie. Na przykład ta:




A w samym pociągu też żadnego surwiwalu nie uświadczyłam. Metro, którym się poruszałam jeździ co 10 minut (skąd informacje, że raz na godzinę?!), a wewnątrz - żadni tam bandyci, tylko taka sama mieszanka, co w nowojorskim metrze. Normalni ludzie. Z tym, że rzeczywiście trochę ich mało. 


I tak naprawdę tylko jedna rzecz mnie przestraszyła. Otóż siedziałam sobie w metrze, kontemplując wszystko, o czym przed chwilą napisałam, wgapiając się bezmyślnie w ścianę i popijając dzisiejszy eksperyment napojowy - organiczną ice tea o smaku miodu. I dopiero po chwili się zorientowałam, że cały czas gapię się na napis, który informuje, że za jedzenie lub spożywanie napojów w metrze nie tylko płaci się 250 dolarów kary, ale też przez 48 godzin trzeba w pomarańczowym kombinezonie chodzić ze szpikulcem po poboczu autostrady i zbierać śmieci. 


Aha - i jeszcze żeby zakończyć temat metra: tak je pokochałam również z powodów zupełnie pragmatycznych. Czyli takich, że po wczorajszej przejażdżce samochodowej z Mają przekonałam się, że gdybym wynajęła tu samochód, najpewniej po 10 minutach jazdy stanęłabym na środku autostrady i zaczęła płakać. Bo ruch tu całkiem zwariowany, plus po siedem pasów w każdym kierunku. Zmienić pas niełatwo, bo nie puszczają. A lepiej się nie wpychać, bo jak wytłumaczyła mi Maja - otworzą okno i strzelą ze spluwy w łeb. Kusząca perspektywa.


Ok, tyle z kwestii komunikacyjnych. To teraz o tym, co dziś zobaczyłam. Otóż - pojechałam do Hollywood. I tam mi się zdecydowanie bardzo, bardzo, bardzo podobało! Na Hollywood Boulevard czułam się jak w wesołym miasteczku - taki radosny kicz i blichtr - trudno się nie uśmiechać! Choć na przykład Kodak Theatre (czyli miejsce, gdzie organizują Oscary) to już jak na mój gust taka uboższa siostra Złotych Tarasów... 


Aha, oczywiście od rana miałam misję znaleźć gwiazdę Meryl Streep w Alei Gwiazd i odcisk jej dłoni i stóp pod Chinese Theatre. Zadanie nie było łatwe. W pierwszym przypadku dlatego, że w Alei Gwiazd znaleźć można ponad 2,5 tysiąca nazwisk. Szukając Meryl przemierzyłam więc jakieś gigantyczne odległości i poznałam trzy miliony nazwisk ludzi związanych z kinem, muzyką itd. Swoją drogą, zdziwiłam się, że np. gwiazdy Rudolfa Valentino lub Elisabeth Taylor mieszczą się niemal na granicy z Meksykiem! I to w towarzystwie jakichś... nie wiem... prawdopodobnie niszowych twórców filmów ormiańskich (jakaś Loretta Świt, Nina Foch itp.). Bliżej swoją gwiazdę ma już nawet pies Lassie! No w każdym razie pod koniec dnia okazało się wreszcie, że najciemniej pod latarnią i że Meryl swoją gwiazdę ma niemal naprzeciwko Kodak Theatre:




Co się zaś tyczy przypadku drugiego - znalezienia odcisku dłoni i stóp - sprawa była nieco bardziej skomplikowana. Otóż, pod Chinese Theatre zaliczyłam nadziwniejszy podryw w historii. To znaczy może nie dziwny, ale dość charakterystyczny dla durnych przygód Panny Doraq. Mianowicie - startował do mnie... Pan Iniemamocny. Czyli gość, któremu agencja płaci za to, by przebrał się w kostium Iniemamocnego i służył ludziom jako bezpłatna atrakcja turystyczna, z którą można sobie zrobić zdjęcie. No i Iniemamocny sobie mnie upatrzył i się uparł, żeby mnie na randkę zabrać. Potwornie był uparty, więc w końcu zgodziłam się nie na randkę, tylko na kawę w usytuowanym obok Starbucksie - bo z jednej strony, zżerała mnie reporterska ciekawość, a z drugiej - cała sytuacja była tak absurdalna, że aż zabawna - wyobraziłam sobie, że siedzę w kawiarni, a naprzeciwko mnie - postać z kreskówki. I może by też Charliego Chaplina ze sobą zabrał...


Jakoś jednak potem stwierdziłam, że szkoda mi czasu na takie performance, więc postanowiłam Iniemamocnego olać. Problem w tym, że jego miejscem pracy był właśnie chodnik przed Chinese Theatre - czyli to miejsce z odciskami dłoni gwiazd. Dlatego musiałam odcisku Meryl szukać partiami. Przemykać się bokiem. Chować za ścianami. I zachowywać jak nienormalna baba, prosząc innych turystów: "Przepraszam, czy mogłaby Pani/Pan wyjrzeć zza winkla i sprawdzić, czy nie grasuje tam ten w śmiesznych majtkach i leginsach". Cóż - warto jednak było się starać:




Z innych atrakcji, wykupiłam sobie dziś wycieczkę pt. "Celebrity Homes" (polecili mi ją Wade i Sunny) i tym sposobem busikiem bez dachu przez dwie godziny podróżowałam po wzgórzach Beverly Hills (na piechotę trudno byłoby je zwiedzić). A pan przewodnik pokazywał nam, gdzie mieszkają sławni ludzie. Bardzo fajna wycieczka. I zaskakuje, że oni tak wszyscy w gromadzie, na kupie siedzą! Na przykład Sandra Bullock i Cameron Diaz są sąsiadkami praktycznie drzwi w drzwi - to tak z ciekawostek :). 


Inna sprawa, że BH naprawdę robi wrażenie. Co jeden dom, to bardziej rozbuchany, a okolica cudna - soczyście zielona i 100 razy bardziej snobistyczna, niż na filmach. Co do samych celebryckich domów, nie wszystkie udało mi się dobrze sfotografować, ale na przykład tu mieszkał Sinatra:




A tu Porucznik Colombo (w sensie, że Peter Falk):




A to na górze (białe z dwoma kominami) - to chałupa Beckhamów:




I tak dalej, i tak dalej - sporo tego było: Cher, Madonna, Al Pacino, Katy Perry, Tom Cruise, George Clooney... A oprócz tego - przejażdżka Rodeo Drive i wjazd na Mulholland Drive. Jak nie lubię tzw. guided tours, tak tę polecam. Ciąg dalszy nastąpi. A teraz oddaję się Morfeuszowi w objęcia! Dobranoc!

poniedziałek, 24 października 2011
Dzień 17 - Los Angeles - mgła w Mieście Aniołów
Dziś z rana przyszła pora na pożegnanie z kalifornijską prowincją. Julio - meksykański kierowca Małgosi i Gary'ego z samego rana zawiózł mnie na lotnisko do San Jose. Po drodze zdałam sobie sprawę z dwóch rzeczy:

1) jak strasznie kręcą mnie nazwy dziwnych sklepów w tym regionie - ot, choćby mijany przez nas po drodze "Świat czosnku";
2) zdałam sobie sprawę, że moim umiejętnościom mówienia po hiszpańsku najwyższa pora urządzić stypę. Bo Julio kiepsko po angielsku mówił, a bardzo chciał prowadzić konwersację. W praktyce - on coś po swojemu mruczał pod nosem, a ja odpowiadałam losowo wybranymi frazami zapamiętanymi ze szkoły:

Julio: Mru, mru, mru, mru...
Doraq: Donde esta la biblioteca?
Julio: Mru, mru, mru, mru...
Doraq: Hay muchos tacos en Mejico!
Julio: Mru, mru, mru, mru....
Doraq: Me gusta las playas doradas y las silvas tropicales

W Los Angeles wylądowałam w południe, a z lotniska odebrała mnie moja koleżanka Maja, która na codzień mieszka w San Diego. Niestety, w kolejnych wpisach już o niej nie będzie, bo dziś wieczorem ruszyła na swoje wakacje. Ale udało nam się chociaż spędzić razem kilka godzin. Dodajmy - przemiłych. Z wyjątkiem jednego dziwacznego incydentu, gdy to jakiś szalony artysta na deptaku Venice Beach klepnął nas po plecach dłońmi zanurzonymi w żółtej farbie olejnej. (Jeśli ktoś ma pomysł, jak zmyć ślady farby z ulubionej, nowiutkiej koszulki, to proszę o radę). Ale i tak warto się było tam wybrać na spacer, by zobaczyć lokalnych hippisów i ich fury:



Poza tym, tuż obok Venice Beach znajduje się ten słynny pasaż nadmorski w Santa Monica, po którym zawsze biegają bohaterowie seriali.

Aha, ale może od początku. Pierwsze wrażenia z L.A.? Hm... przede wszystkim - z lotu ptaka już widać, jakie to miasto jest wielkie... Wydaje się rozciągać w nieskończoność. Po drugie - no rzeczywiście - prawdą jest stwierdzenie, że "Los Angeles wygląda, jak wygląda". Nie porywa pięknem i architekturą (jak np. San Francisco), ale oczywiście np. Beverly Hills robi wrażenie - napiszę więcej, gdy już się tam wybiorę, bo dziś tylko przejeżdżałam.

A gdzie sie zatrzymałam? A, u najsympatyczniejszej pary gejowskiej świata mieszkającej tuż koło Universal Studios. Nazywają się Wade i Sunny i spędziliśmy dziś razem uroczy wieczór. Chłopcy między innymi urządzili mi quiz z wiedzy o Meryl Streep. Cóż... jakże inaczej mogła się ta zabawa zakończyć - stwierdzili: "Cholera, rzeczywiście jest niezła". Bo nie wiedziałam tylko, do której dokładnie szkoły (high school) w New Jersey chodziła. Ale, że np. boi się helikopterów już było dla mnie wiadome.

Jutro napiszę więcej, miejmy nadzieję, że pogoda będzie trochę lepsza - bo dziś do ok. 16 łaziłyśmy z Mają w chmurze. Prawie oceanu widać nie było. Dopiero po południu Kalifornia zaczęła przypominać Kalifornię.
Dzień 16 - Winnice
Imprezy dzień trzeci. Gdy wstałam, Gary od razu uraczył mnie filiżanką wybornego włoskiego espresso... do którego wlał kieliszek grappy... Nie ma to jak strzelić kielicha na pusty żołądek... Coś czuję, że gdybym została tu nie kilka dni, lecz tygodni, mogłaby do mnie przyjechać Elżbieta Jaworowicz robić reportaż o upadku moralnym.

W dalszej części dnia w programie mieliśmy: najpierw - tzw. hair job: Małgosia przez większość życia pracowała jako fryzjerka, więc po śniadaniu zgodziła się podciąć mi rozdwojone końcówki. Później zjedliśmy w towarzystwie mamy Gary'ego (86-latki, która cały czas jest "na chodzie", poluje na jelenie i jeździ do Vegas grać w pokera) lunch w świetnej meksykańskiej knajpie oraz zrobiliśmy rajd po należących do konkurencji winnicach i - dla odmiany - degustowaliśmy ich wina. 

A żeby nie było, że ciągle tu tylko chlamy wińsko i się obżeramy, wieczorem wybraliśmy się do filharmonii w Salinas na koncert orkiestry symfonicznej:

Małgosia: I co? Wygląda ci to jak filharmonia?
Ja: Nie wygląda...
Małgosia: No właśnie, bo to jest taka kowbojska filharmonia.

Sam koncert za to był wybitny, choć jego odbiór zakłócało mi mocne przeświadczenie, że na organach w tej orkiestrze gra Władysław Bartoszewski... No jak dwie krople wody...

Wybitny był również bankiet, na jaki zostaliśmy zaproszeni zaraz po koncercie. Przyjęcie to pozwoliło mi zaprezentować swoją nową umiejętność w sztuce small talku. Otóż: od dawna już wiem, że w towarzystwie miłośników wina nie mogę sobie po prostu chlusnąć kielicha, tylko powinnam najpierw pomajtać kieliszkiem i powąchać. Tym razem jednak po tym rytuale, dodawałam przeciągłe i zamyślone: "Mmm... very nice nose! Very, very nice!" i wszyscy się cieszyli, że doceniam głębię zapachu. 

Ponadto, było mi dane zapoznać się z dyrygentem orkiestry oraz główną gwiazdą koncertu, czyli: Jakimś-Chińskim-Pianistą. Ten ostatni złożył na moim programie autograf, który Gary i Małgosia pokazywali potem w chińskiej restauracji, do której wybraliśmy się na kolację. I właścicielka restauracji powiedziała, że owszem - poznaje tego pana, bo widziała go w telewizji. Ha, mnie też się wydawało, że skądś go znam - moim zdaniem grał w "Wejściu smoka", "Szogunie", "Oldboju", "Wyznaniach gejszy" i kilku filmach Kurosawy. A może nawet wszystkich. Po kilka ról naraz...

Aha, no i znów ta kalifornijska wylewność. Wszyscy na koniec ściskali mnie i całowali. Nawet jakaś pani, którą zapytałam tylko, gdzie tu jest toaleta ruszyła do mnie w podskokach i spytała czy może na pożegnanie zaoferować mi "California hug". Dodała też, że zaraz przyjdzie Max i on z kolei da mi "Spanish kiss". Kimkolwiek był ten Max (wcale bym się nie zdziwiła, gdyby okazało się, że szatniarzem w filharmonii), wiedziałam, że pora dać nogi za pas.


sobota, 22 października 2011
Dzień 15 - Santa Lucia Highlands
Impreza trwa. Gdy wczoraj rano siedziałam w swoim pokoju i sprawdzałam maile, przyszła do mnie Małgosia i przeprowadziłyśmy taki oto dialożek:
Małgosia: Napijesz się z nami winka, co?
Doraq (spogląda na zegarek i z niedowierzaniem odpowiada): O 10.40?
Małgosia (tonem: don't let me state the obvious): No przecież już jesteś po śniadaniu...

Cóż mogę dodać - racjonalne argumenty zawsze do mnie przemawiają. A pysznego chardonnay się nie odmawia, przynajmniej na wakacjach. Choć inna sprawa, że nigdy wcześniej nie piłam wina o tak wczesnej porze. No, nie licząc sylwestrowego wypadu z chłopakami do Juraty - gdy wieczór wcześniej wyjedliśmy na kolację całą zawartość lodówki, więc na śniadanie pozostało nam tylko wino z Lidla. 

Cały drugi dzień w Santa Lucia Highlands spędziliśmy w winnicach Gary'ego. Było idealnie:



Jeździliśmy traktorem, zorganizowaliśmy barbecue w winnicy (grillowane chorizo to dla mnie od dziś synonim raju!), braliśmy udział w przygotowanym przez Gary'ego konkursie, w którym nalewał on cztery gatunki wina do kieliszków, a ja musiałam rozpoznać które to cabernet, które shiraz, a które to pinor noir (dwie odmiany). Moi gospodarze zaprowadzili mnie też do jaskini, którą zaaranżowali na imprezownię dla swoich znajomych. Cóż - Nergal byłby zachwycony - olbrzymia grota wypełniona świecznikami (czyli świeczkami wbitymi w butelki). A do tego mnóstwo stołów (na jednej imprezie pomieści się tam ponoć 200 osób) i profesjonalny soundsystem, z którego słuchaliśmy sobie "Blowing in the wind" - czy mogłoby być bardziej amerykańsko???

A potem wreszcie, wzięłam udział w ulubionej rozrywce Gary'ego, czyli przejażdżce jeepem po lokalnych wzgórzach. Czytajcie i zazdroście: z kielichami pysznego wina w dłoni, w cudownie grzejącym słońcu jeździliśmy po kanionie i między krzewami winogron Shiraz i Pinot Noir, rwąc je prosto z krzaka. O kurcze - moim zdaniem, to nie były zwykłe owoce, tylko jakieś nadwinogrona - tak cudnie słodkie i soczyste! Wgryzając się w kiść, sok lał się po całej szyi - wariactwo i paradise!

Hm... więc żebyście mi nie pomarli z zazdrości, mogę Wam tylko nieco spowszednić ten sielankowy obrazek pisząc, że:
a) połowa kieliszka wina mi się wylała na rękę podczas jazdy po wertepach;
b) podczas tejże jazdy dżip tak skakał (a ja razem z nim), że niechcący ukisiłam tyłkiem winogrona, które trzymałam na siedzeniu;
c) pies Gary'ego i Małgosi włożył mi ogon do kieliszka.

Ale i tak było najlepiej na świecie. No, to się nazywają wakacje...

Dzień 14 - Wine country
Zła passa tego wyjazdu, chyba już się (tfu, tfu!) skończyła. W środę podczas zwiedzania Alcatraz poznałam super sympatycznych ludzi z Polski. Którzy - jak się później okazało - następnego dnia ruszali samochodem na południe Kalifornii. I zgodzili się mnie zabrać ze sobą. Dzięki temu nie musiałam brać autobusu do Oakland, a potem pociągiem tłuc się do Salinas. Zamiast tego - w cudownym towarzystwie ruszyłam autem trasą widokową nr 1. Coś pięknego - zakrętasy, dziki Pacyfik, góry, skały... I delfinki pływające w oceanie w Santa Cruz!

Moi Polacy zostawili mnie na parkingu w Monterey, a stamtąd odebrali mnie już moi zaprzyjaźnieni winiarze - Gary i Małgosia, z których farmy właśnie do Was teraz piszę. 

Hm... cóż mogę powiedzieć - jest cudownie - przebywam bowiem na kalifornijskiej prowincji (w Santa Lucia Highlands), 200 km na południe od San Francisco, w takich oto okolicznościach przyrody:



In the middle of nowhere - w okolicy tylko winnice, plantacje karczochów i agawy. Okolica od wieków nazywana była przez miejscowych Paraiso - czyli raj, no i rzeczywiście coś jest na rzeczy. 

Jeszcze zanim tu przyjechałam, Gary i Małgosia pisali do mnie w mailu, że urządzą mi tu taką imprezę, jakiej nigdy nie zapomnę. Hm... jak powiedzieli, tak zrobili, bo po naszym pierwszym wieczorze z degustacją win, obudziłam się o 3 w nocy na swoim łóżku w pełnym ubraniu i z makijażem. Oraz obawą, że części imprezy jednak pamiętać nie będę :). 

Ale warto było, bo wino Gary'ego jest po prostu niebywałe. Robert Parker, czyli ten guru od oceniania win, przyznał robionemu przez Gary'ego pinot noir 98 punktów na 100. Nikt w historii nie dostał do tej pory tak wysokiej oceny za ten gatunek wina. 

No dobrze, ale na samych trunkach nie koniec. Cudownie mi się tu spędza czas, bo Małgosia i Gary (Polka i Włoch) to najbardziej zwariowani ludzie na świecie. Którzy na dodatek doskonale wiedzą jak się bawić. Wieczorem uczyli mnie na przykład, jak otwierać szampana jednym zamachnięciem - ucinając główkę butelki. Ale jednak nie będę próbować tego w domu.

Aha, no i śmiszna była rozmowa z Garym o polskich piosenkach:

Ja: Gary, a ty lubisz polską muzykę?
Gary: Oj taaak! Czekaj, czekaj, moja ulubiona... jak ona leciała... O wiem: "Marsz, marsz Dąbrowski, z ziemi włoskiej do Polski...:
Ja: Ha, ha, Gary, ale to jest nasz hymn narodowy! 
Gary: No tak... To jeszcze lubię tę taką cygańską...
Ja: Ore, ore, siabadabada amore?
Gary: O, właśnie tę! Kurcze, i jeszcze taką jedną lubię, ale nie pamiętam, jak ona leciała... Tekst jest o tym, że cośtam tak bardzo cię kocham, że zamknąłem cię na klucz w swoim niebie.
Ja: /skonfundowana/
(Do pokoju wchodzi Małgosia.)
Gary: Małgosiu, co to za piosenka o tym, że cię kocham, więc zamknąłem cię w niebie na klucz?
Małgosia: Aaa, no "Bal wszystkich świętych"!
Ja: I kto tam kogo zamyka na klucz?!
Małgosia: No tam jest ta fajna metafora: "I do nieba mam klucz".
Ja: Ale to nie jest "Do nieba mam klucz", tylko "Do piekła mam tuż"!
Małgosia: Aha...
czwartek, 20 października 2011
Dzień 13 - San Francisco - Alcatraz

Prawo Murphy'ego znów zadziałało - dziś ubrałam się jak Jaś Mela na biegun północny, więc oczywiście w San Francisco prażyło słońce. Ale dzień był absolutnie wyborny. Z atrakcji popołudniowych: talerz świeżutkich owoców morza na lunch i przypadkowa wizyta w zaangażowanym społecznie supermarkecie. Był wielkości Piotra i Pawła, a wszystko, co w nim sprzedawano było ekologicznie wypiekane, organiczne lub produkowane według zasad fair trade. Półki i kasy zrobiono z nieheblowanego drewna, sprzedawcy wyglądali jak zdrowi drwale, a sprzedawczynie - jak rumiane krasawice. Tylko zwykłej coli tam nie mogłam kupić. Zamiast niej, musiałam zadowolić się wodą o smaku nenufarów. Czy tam jakiejś innej egzotycznej rośliny - na jedno by wyszło, gdyby na etykiecie napisali: "Woda o smaku tego i owego".

Większość dnia spędziłam jednak na wyspie Alcatraz:



Szczerze? Nie rozumiem tych głosów, które mówią, że Alcatraz to komercha i nie warto. Mnie się szalenie podobało, spędziłam tam pół dnia. Przede wszystkim - patrząc z wybrzeża na tę wyspę i więzienie, nie mogę przestać się zastanawiać, jak komuś mogłoby się udać stamtąd za przeproszeniem sp...dolić??!! To jest wyspa pośrodku niczego, plus te klify wszystkie i zabezpieczenia...
No ale pan przewodnik w radyjku, które rozdawali na wyspie mówił, że kilku osobom się udało. Tylko nie wiadomo, co było z nimi potem (no bo w zasadzie to chyba na tym polega ucieczka z więzienia...) -  czy się potopili w zatoce, czy piją sobie margaritę gdzieś w Ameryce Południowej. Poza tym - Chris mi właśnie opowiedział, że co roku w San Francisco organizowany jest triathlon o nazwie "Escape from Alcatraz", czyli jednak nie matura, lecz chęć szczera zrobi z ciebie uciekiniera.

Druga obserwacja jest taka, że tak znowu najgorzej to panowie więźniowie nie mieli. Przeczytałam, że menu należało do najlepszych więziennych amerykańskich jadłospisów (ale ja w oddziałach penitencjarnych jadam niestety sporadycznie, więc nie mogę się odnieść), a widok ze spacerniaka zapiera dech w piersiach i oczach. Gdyby nie to, że te pryczki trochę liche, a koledzy z innych celi zbyt awanturujący się (lubili sobie zarżnąć od czasu do czasu tego i owego) - mogłabym sobie nawet tam jakiś czas posiedzieć.

Aha - z innych newsów - zdałam sobie sprawę, że cały zachwyt Ameryką odciągnął mnie od kwestii fundamentalnych. Czyli od pytania: co słychać u Mostowiaków. Całe szczęście, Hebdzia przyszła z mailową odsieczą. Dla zainteresowanych: Hanka Mostowiak jeszcze żyje. A lada chwila ma wyjść na jaw, że Budzyński (dla laików: absztyfikant sędzi Marty Mostowiak) zrobił dzieciaka Rudej. Jak relacjonuje Hebdzia:

"A na początku odcinka Marta była taka szczęśliwa! Mówiła, jakie to szczęście, że ma tego Budzyńskiego itp. Jak zwykle instynkt prawniczy ją zawiódł, ale to już moja osobista refleksja".


środa, 19 października 2011
Dzień 12 - San Francisco - we mgle
Dziś będę nadrabiać zdjęciami, bo dzień upłynął bez większych przygód i nowych znajomości. No, poza tymi blokowymi. Bo w windzie loftu, który tu zamieszkuję poznałam chyba więcej osób, niż łącznie podczas całego ubiegłego roku. Tak, winda jest tu centrum życia towarzyskiego... Czuję się w niej jak rachmistrz spisowy, do którego ludzie przychodzą opowiadać o swoim życiu.

A oprócz tego, co? Ano nic, humorek na nowo dopisuje, stopy mam zmasakrowane bąblami od ciągłego łażenia - obeszłam już całe San Francisco wzdłuż i wszerz, a fenomen polega na tym, że w jakąkolwiek uliczkę bym nie skręciła, i tak będę się zachwycać. Plus zzipana jestem, no bo to jednak ciągłe przechadzki to w górę, to w dół. Dla tych, co jeszcze nie wiedzą - San Francisco to pod względem ukształtowania terenu taka Bochnia. Tyle, że (ciut, ciut) ładniejsza.

Z nowości, to też z pewnością mgła. Po południu pogoda trochę się popsuła i po wczorajszym gigantycznym upale dziś wiało jak pierun i było dość chłodno, a ja - jak na złość założyłam szorty (w moim ultrakonserwatywnym kanonie wartości słowo "szorty" oznacza spodnie przed kostkę...). Ale za to w końcu zobaczyłam słynną... eee... sanfranciszkańską (?) mgłę! Fajne uczucie, tak w chmurze chodzić. 

A co dziś zobaczyłam? Hm... Przede wszystkim przejechałam się osławioną kolejką (wrażenia jak na wesołym miasteczku!):




Pospacerowałam po Nabrzeżu Rybackim/Fisherman's Wharf  - wprawdzie ucztę ze sprzedawanych tam owoców morza zaplanowałam na jutro, ale obejrzałam sobie lwy morskie, które według relacji Kaczmara można na wolności zobaczyć tylko w trzech miejscach na świecie - na Galapagos, w Japonii i właśnie w SF:



A potem wdrapałam się na Coit Tower. Dla mnie - jako zapalonej przeciwniczki łażenia pod górę była to gehenna porównywalna z włażeniem na Śnieżkę albo inne ustrojstwo, jednak warto było to zrobić - dla niebywałych widoków. I wreszcie - po spacerze po Telegraph Hill i ponownym odwiedzeniu najbardziej pokręconej uliczki, ruszyłam jeszcze na Alamo Square - do tych słynnych kolorowych wiktoriańskich domków. Chris mówi, że pokazywali je w "Pełnej chacie", ale ja z tego serialu pamiętam tylko Golden Gate i bliźniaczki Olsen. Domki zatem wyglądają tak:



Zobaczywszy domki wróciłam natomiast do domu, gdzie wieczór sympatycznie upłynął mi w towarzystwie Chrisa i Vanessy, która uczyła nas, jak oporządzić kokosa. Zajęcie to powinno być wpisane na listę najniebezpieczniejszych aktywności świata (zaraz po połowie krabów), ale dzięki temu zamiast kolacji wyjadaliśmy sobie łyżkami wnętrze kokosa i popijaliśmy kokosowe mleko.

Aha, a na koniec jeszcze jedna fotka. Ze sklepowym szyldem - dowodem na to, że San Francisco to miasto dla wszystkich. Nawet dla leworęcznych, co jako mańkutowi, bardzo mi się podoba.



No dobra, i zupełnie na koniec - moja kolejna miejska fascynacja - murale, które zobaczyć tu można na każdym kroku - Diego Rivera to to nie jest, ale też fajne:


wtorek, 18 października 2011
Dzień 11 - San Francisco - raz na moście, raz pod mostem
Dziś krótko, bo potwornie skołowana jestem - prawdopodobnie to wypadkowa trzech czynników: 
1) potwornie złych wieści, jakie dotarły do mnie z samego rana (mojego rana), 
2) pokonanych dziś kilometrów (liczonych w dziesiątkach), 
3) zapachu marihuany, który roznosi się po całym mieście.

Zatem - aby pokonać żal i wściekłość, jaka dopadła mnie z samego rana, zrobiłam najlepsze, co mogłam zrobić w takiej sytuacji - uruchomiłam opcję "piechur" i z buta ruszyłam przez całe miasto obejrzeć most Golden Gate. O kurcze... Moi Drodzy, krótko mówiąc - most ten powinien być przepisywany na receptę ludziom z depresją. I bez przesady mówię - warto by było pokonać te 10 tys. km choćby tylko po to, by go zobaczyć. Gapiłam się na niego, spacerowałam po nim i na zmianę albo łzy mi leciały (bo taki piękny), albo śmiałam się sama do siebie (również bo taki piękny). Zamieszczam fotkę, ale niestety, za cholerę nie oddaje klimatu:



I w zasadzie to strasznie mi ciężko było się z tym widokiem dziś rozstać, więc postanowiłam w drodze powrotnej nie brać autobusu, tylko też na piechotę ruszyć deptakiem Golden Gate (tak, widać mosty i deptaki to moje nowe hobby). I co jakiś czas odwracać się, by sobie jeszcze na niego popatrzeć. 

Przy okazji, pokonując te pokaźne odległości, natrafiłam na port, parki, plażę, lasy, rezerwat, piękne osiedla i najbardziej pozakręcaną uliczkę świata - Lombard Street:
 


No i cóż mogę więcej powiedzieć - mieli rację wszyscy zakochani w San Francisco. To miasto jest magiczne, przepiękne i kolorowe. Tylko je kochać, kochać, kochać! 

Jutro mam zamiar przetestować w końcu te osławione kolejki linowe. Ale wcześniej (czyli za chwilę) mamy z chłopakami zapić me smutki kalifornijskim winem. No to Wasze zdrowie, Kochani!
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 42