Doraq w krainie genderu, a czasem też w oparach absurdu
| < Luty 2010 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
Kategorie: Wszystkie | Life goes on
RSS
wtorek, 09 lutego 2010
Dlaczego nie będę w zarządzie

Padam na twarz. Bardzo lubię moją pracę i nie wyobrażam sobie, bym mogła robić w życiu cokolwiek innego, jednak w ostatnich dniach mam tyle pisania, że marzy mi się jakieś pozbawione konieczności ciągłej kreatywności zajęcie. Mogłabym zostać hydraulikiem, ustawiać na półkach chemię w Biedronce albo nawet realizować mój zarzucony przed laty pomysł prowadzenia spalarni zwierzęcych zwłok, o ile Powązki zgodzą się na dzierżawę pieca.

Czymś jednak trzeba zarabiać na chleb i szampana, bez szemrania więc zabrałam się do roboty, dla osłody zamawiając sobie na obiad sushi. Sushi przybyło w papierowej torbie i to przez nią jest teraz jeszcze gorzej. Torba leży sobie bowiem na podłodze w salonie. I w ten sposób rozpoczął się konflikt interesów. Jadwinię bowiem raduje możliwość jedzenia jej. Z kolei kot bardzo chętnie by na niej posiedział. Dlatego od godziny wcielam się w rolę zwierzęcego mediatora, usiłując wyjaśnić uczestniczącym w zapasach zwierzakom, że jedno nie przeszkadza drugiemu. Bezskutecznie. Chyba muszę zamówić jeszcze jedno sushi, żeby w dziedzinie papierowych torebek nastał parytet.

Tymczasem, choć przebywam w domu Rodzicieli, drogą mailową napływają do mnie (od zaprzyjaźnionego sąsiada) propozycje, bym kandydowała w nadchodzących wyborach do zarządu wspólnoty mieszkaniowej. Nie musiałam długo się nad tym zastanawiać. Powiem krótko: mowy nie ma. Oto kilka powodów:

1. W wyimaginowanym przeze mnie lepszym świecie, na ziemi nie ma złych ludzi, a wszyscy odnoszą się do siebie przyjaźnie. Wszyscy, z wyjątkiem osób z zarządu. Możecie mnie poprawić, ale moim zdaniem, gdy tylko ktoś wchodzi do zarządu wspólnoty, od razu staje się synonimem Antychrysta (patrz: osławiony na blogu Pan-Henio ze Starówkowych-Salonów). A ja nie chcę, by odprawiano nade mną egzorcyzmy, przynajmniej jeszcze nie teraz.

2. W rankingu najmniej uporządkowanych osób na świecie zajmuję pierwsze miejsce, wyprzedzając nawet Violettę Villas z całym jej inwentarzem i wszystkich bohaterów programu "Wielkie porządki". Wystarczy wspomnieć, że od roku nie odebrałam jeszcze swojego dyplomu z uczelni. Albo że na początku grudnia pobiłam swój życiowy rekord w spóźnianiu się - na pogrzeb mojego zaprzyjaźnionego radnego przybyłam... tydzień później. A gazownika do mieszkania wezwałam do ulatniającego się w mieszkaniu gazu tylko dlatego, że pan z gazowni zagroził, że jeśli tego nie zrobię, w ciągu kilku dni skończę jak Sylvia Plath. Obawiam się więc, że moje wiejskie osiedle w ciągu pierwszego miesiąca mojego zarządzania zmieniłoby się w meksykańskie slumsy. A sąsiedzi integrowaliby się przy śmietnikach, rozpalając tam ogniska.

3. Bycie w zarządzie kojarzy mi się z koniecznością ciągłego przeglądania papierów (nie lubię) i co gorsza - liczenia (nie znoszę). Więc jak się do tego ma fakt, że gdy tylko mam coś policzyć na potrzeby artykułu, wyjmuję z redakcyjnej szuflady wymówienie? I że nie mam pojęcia jak wyliczyć procent - nawet na kalkulatorze?

Mowy nie ma. Dlatego, choć pewnie miałabym sporo materiału do opisywania na blogu, moralność nie pozwala mi nawet próbować. Bo jak nic prędzej czy później znalazłabym się na okładce "Faktu" w artykule pod tytułem: "Ta kobieta to potwór!"



poniedziałek, 08 lutego 2010
Doraq z popiołem na głowie
Zastrzelicie mnie, Drodzy...
Tak, wiem, myśleliście, że zginęłam w katastrofie lotniczej. Albo że poślizgnęłam się na kapciu i uderzyłam głową o kant stołu. Nic z tych rzeczy, żyję i mam się świetnie, tyle że potrzebowałam trochę przerwy od bloga.

No, ale jestem z powrotem - fanfary!!!

Co się zmieniło przez ostatnie trzy miesiące? Zaskoczę Was - sporo! :) Zaraz po powrocie z Niu Jorku nadszedł czas wielkich zmian - przede wszystkim, w przyjaźni pożegnaliśmy się z Brucem (którego pozdrawiam, bo wiem, że czyta i wcale nie dlatego wrzuciłam zwrot "w przyjaźni" :)). A poza tym - w Poczytnym-Tygodniku przeszłam do innego działu i nie powiem, żeby mnie to w najmniejszym stopniu martwiło. Teraz, jak mawia mój redakcyjny kolega: jestem dyrektorem do spraw trendów.

Do majątku, na rozlewiska zima zdążyła przybyć i nie bardzo chce jej się wybyć. Jeśli ktoś nigdy nie był we Władywostoku - zapraszam do mnie na osiedle! Lokalnymi uliczkami jedzie się jak tramwajem - są dwa wgłębienia na opony i lepiej nie próbować ruszać kierownicą choćby o kilka stopni. Niedobrze, niedobrze. Chcę już wiosny, bo życie bractwa ogródkowego zamarło, Jadwinia u rodziców siedzi, a ja sama spędzam godziny na włościach. Więc o czym mam Wam pisać? O tym, że zaczęłam gadać do siebie? Lepiej nie :).

W tym tygodniu zresztą spędzam czas w mieszkaniu rodzicielów, bo do Egiptu wybyli, więc doglądam gospodarstwa, karmię inwentarz (kot rodziców + Jadwinia) i ubogacam przybytek swym urokiem osobistym. Niby sielanka, gdyby nie to, że kot rodziców ma całkowicie popapraną definicję spania w nogach. Co noc toczymy więc boje o miejsce na kanapie. Niestety, zawsze przegrywam. Śpię na poduszce zwinięta w kłębuszek, a Mopsio rozkosznie rozwala się na reszcie łóżka. I jak ja mam pracować w takich warunkach?


Tagi: Mopsik
16:42, doraq
Link Komentarze (1) »
piątek, 23 października 2009
(Prawie) koniec balu, panno lalu

Wczoraj wieczorkiem wrocilam z Miami do Nowego Jorku. Tzn. ja wrocilam wieczorkiem, a moj bagaz - kolejnym samolotem - w srodku nocy niemalze. Spedzilam wiec dodatkowe radosne trzy godzinki na prawie ze zamknietym na cztery spusty lotnisku La Guardia. Oprocz mnie, w hali przylotow byl tylko sniety un poco policjant z psem wilczurem, a potem dolaczyla jeszcze cala meksykanska familia, liczaca niewiele mniej osob, niz populacja Mazowsza. Obstroili sie w balony, girlandy, banery powitalne i robili mnostwo halasu. I tak dobrze, ze nie byli Wlochami - wtedy zaczeliby jeszcze spiewac piosenki. Z krotkiej, kurtuazyjnej rozmowy dowiedzialam sie, ze czekaja na pape (jesli te wszystkie dzieciaki byly jego, to koles powinien otrzymac tytul Mistera Plodnosci i Rozrodu), ktory wyjechal tydzien wczesniej na Floryde. Jesli witaja go tak hucznie za kazdym razem, gdy wyjedzie za miasto, powinni wynegocjowac z Gazpromem specjalne znizki na hel do balonow.

A dzis raczylam sie ostatnim dniem w Big Apple. Emocjonalnie wspomagala mnie pogoda, bo bylo 17 stopni i sloneczko, wiec spacerek po Manhattanie czysta przyjemnoscia w swej istocie byl.

Sniadanko zjadlam jak zwykle na przystanku, i jak zwykle w towarzystwie Hugh (Hugha???)  - rudego i sympatycznego autobusowego kumpla - agenta nieruchomosci. Reszte dnia spedzilam natomiast na niezobowiazujacych przechadzkach po Soho i robieniu ostatnich zakupow - sama raczej sie nie oblowilam, ale spelnilam zakupowe zamowienia przyjaciol, niestety nie wszystkie - mimo szczerych checi nie udalo mi sie znalezc lalki ani pluszaka w ksztalcie Baracka Obamy.

Wieczorkiem z kolei wybralam sie na pozegnalna kolacje z Jayem i Nina i tym sposobem wlasnie dotarlam do domku i zaczynam wielkie pakowanie.

Strasznie mi dziwnie przed tym wylotem. Z jednej strony - czas tu biegl jak szalony. Z drugiej - mam poczucie, jakbym byla tu od barrrdzo, barrrdzo dawna (ale jeszcze nie mowie z obcym akcentem, you know?).

Stesknilam sie juz za polskim mym Brucem, polska rodzinka (jakbym miala jakas niepolska...), polskimi przyjaciolmi, polskim jedzeniem i w ogole, ale jednak... Jakos dzis podczas tych moich spacerkow pomyslalam sobie, ze ten Nowy Jork w koncu oswojony przeze mnie zostal. Ze juz mniej meczy, ze sie nie gubie i ze dobrze sie tu czuje.

Nawet to cholerne przechodzenie na czerwonym swietle przestalo mnie przerazac. A moze raczej: nauczylam sie z tym zyc - po prostu przymykam oczy i ide. Jak zolnierze na Monte Cassino, na pewna smierc, ale co tam.

Ale chyba jednak nigdy nie przestalyby mnie denerwowac korki na chodnikach w okolicach Times Square i Canal Street, ani to, ze w knajpach praktycznie wszystko tu sie serwuje z dodatkowymi frytkami. Ja tu wybieram z menu wersje: "Salad super super light", w skladzie ma byc: salata, salata, cwiartka pomidora, woda i salata, a oni mi potem przynosza: talerz wielkosci mojego mieszkania, w rogu listek salaty, a reszta: fryty, fryty, fryty.

No nic to, nie czas na sentymenty. Czas klasc sie spac i w droge niebawem. Kolejny wpis - juz z Polski. Jak to mawiaja Amerykanie: bye bye!

piątek, 16 października 2009
Dni: 9,10,11,12 - Miami

Kochani, pozdrawiam Was goraco z Poludnia, czyli z samego Miami Beach!!! Tym gorecej, ze podobno u Was snieg lezal niedawno. A tu leze ja - na plazy. W temperaturze 35 stopni i sie bycze i relaksuje do granic mozliwosci. Woda w oceanie goraca jak zupa, okolicznosci przyrody cudne - wszystko jak na filmach!!! No po prostu "Zar Tropikow" jako zywo.

A dzis bylam w Everglades - to jest to miejsce, gdzie krecono "Adaptacje" i gdzie Meryl sie gonila z Nicolasem Cagem po bagniskach i wsrod aligatorow. Ja tez widzialam kilka aligatorkow, zjadlam nawet kielbase z aligatora!

A wiecej napisze pozniej, bo strasznie tu zdzieraja w kafejkach internetowych. Ahoooj, Polsko!!!

wtorek, 13 października 2009
Dzien osmy - Nowy Jork
 Wrocilismy z Matim do NY wczoraj wieczorem, bym dzis z rana (tj. z urlopowego rana = o 11.00 :)) mogla wybrac sie na 5th Avenue na parade z okazji Dnia Kolumba. To impreza glownie dla Wlochow, z racji kolumbowych korzeni rodowych, jednak i tak calosc robila gigantyczne wrazenie (jak zreszta wszystko tutaj, bym sie nie zdziwila, gdyby wrazenia nie bylo).

Podobno co roku w tej paradzie bierze udzial ok. 35 tys. ludzi, w tym roku z pewnoscia nie bylo mniej. Ale czad!!!! Przez cztery godziny obserwowalam coraz to nowe i coraz bardziej pomyslowe platformy, ktore przejezdzaly w paradzie - na jednej spiewal jakis domorosly nastepca Pavarottiego, na nastepnej zbudowano balkon z Verony, jeszcze inna wiozla reprodukcje starych statkow... Byli zolnierze, muzykanci, strazacy, cheerliderki, motocyklisci na Vespach... A najbardziej to mi sie podobala orkiestra deta, ktora grala "I never can say goodbye" Glorii Gaynor!!! :) Ech, takie rzeczy to tylko tutaj. Drogie Siostry Feminisie, nabralam wiatru w zagle - zrobmy w marcu cos rownie fajnego!!! :)

Na tym jednak nie koniec dzisiejszych atrakcji. Gdy juz znuzylo mnie ogladanie tej gigantycznej parady, ruszylam sobie spacerkiem w dol Manhattanu (tzn. chyba w dol, niby jestem tu juz tydzien, ale ciagle trace rachube). I nagle zobaczylam niewielka grupe ludzi zgromadzona przy bramkach rozstawionych kolo jednego wiezowca. Myslalam, ze to moze jakas alternatywna mini-kontrmanifestacja, moze wszechamerykanie jacys albo nazisci antywloscy, albo nie wiem co jeszcze. Zdazylam podejsc do barierek, zapytac gapiow, co sie tu dzieje, gdy nagle podniosl sie wielki aplauz i do barierek podszedl... Mel Gibson, ktory wlasnie nagrywal tam film (tytul to "Greaver" czy jakos tak) i przyszedl sie przywitac z fanami. Tym sposobem jako bonus zyskalam przybicie piatki Mela. No i zdjecie mu zrobilam nawet z bliska. Milym gosciem sie wydaje. I kurduplem jednak nieco. 

Popoludnie z kolei bylo zwienczeniem calej radosci dnia dzisiejszego. Spotkalam sie bowiem na Manhattanie z Grace - moja best friend z dziecinstwa. Nie widzialysmy sie od prawie pieciu lat, wiec plotkowalysmy jak glupie przez kilka ladnych godzin. Nawet w Starbucksie zaczepil nas jakis koles i zapytal, w jakim jezyku my tak slodko maglujemy. Przy okazji Grace pokazala mi alternatywna mape zwiedzaczki Nowego Jorku. Czyli innymi slowy - wskazala najfajniejsze outlety ciuchowe, zaprowadzila na schody biblioteki, na ktorych krecona byla scena slubu w "Sex in the city", a na koniec... poszlysmy sobie wyregulowac brwi do jakiegos hinduskiego zakladu, gdzie kosmetyczki robily to za pomoca jakichs specjalnie poskrecanych nitek. Och, co za cudny dzien!!!

A jutro uderzam na poludnie.

Dzien siodmy - Monticello

Niewiele mam do dodania ponad to, ze Polonia amerykanska jest slodka... ale ze jej goscinnosc jest ponad sily mej wartoby. Po sobotnio-niedzielnej integracji rzygalam dalej, niz widzialam.

Nie dla mnie takie szalenstwa, za stara juz jestem.

niedziela, 11 października 2009
Dzien szosty - Monticello

Bardzo sie dzis zdziwilam z rana. Nie uwierzycie, ale... nie wygralam tych 60 milionow! To niepowazne, i to ma byc ta amerykanska goscinnosc? Serca nie maja. A ja tak sie juz nastawilam...

Dzis leniwa sobota na wsi. Na smierc zapomnialam, ze jestem w Stanach. Bo cala wioska, w ktorej wlasnie przebywam, sklada sie z okolo 20 domkow letniskowych i wszystkie naleza do Polakow. W okolicy podobno mowi sie na nia "Little Poland". Spora czesc wlascicieli zjechala sie tu na weekend, dlatego dzien uplywa na integracji z Polonia. Z socjologicznego punktu widzenia, to bardzo ciekawe doswiadczenie - sa tu i standardowe, polskie gospochy, i jeden polonijny milioner z chalupa nafaszerowana wypchanymi zwierzetami, ktory przybywa tu prosto ze swojej rezydencji na Long Island, i ziomale w czapkach Jankesow. I drugi polonijny milioner, co sobie na wielkim ogrodzie w rezydencji nawet swiecaca Maryje postawil, a jak mu corka zaciazyla z Murzynem, to jezdzil po okolicy ze strzelba, i chlopak, ktory sluzy w amerykanskich marines... Mnostwo ciekawych historii. A oprocz tego, swiety spokoj. W przerwach miedzy pogaduchami z Polonia chodze na spacerki nad jezioro, zamiatam liscie na ganku, pomagam Mateuszowi, ktory od rana wedzi wedliny albo po prostu siedze przy kominku i czytam Stiega Larssona (o rany, co za ksiazka! Nie mozna sie oderwac!!!). Jedynym problemem jest to, ze lokalnym zwyczajem, z kazdym napotkanym Polakiem trzeba tu wypic lufe, wiec obawiam sie, ze skoncze pod stolem.

A wieczorem mezczyzni lokalni w pokera grac maja, a niewiasty, w tym ja - jada do Wallmarta (tak to sie chyba nazywa), co jesli dobrze zrozumialam jest calodobowym sklepem z ciuchami z cyklu "wszystko za dolara". Uhu!!!

sobota, 10 października 2009
Dzien piaty - Monticello

Zapomnialam wczoraj napisac, ze wieczorem, gdy siedzielismy sobie z Jay'em przy fontannie nieopodal Times Square, zapytalam go, ile pieter moze miec stojacy przed nami, zupelnie przecietny jak na tutejsze warunki wiezowiec. Jay zaczal liczyc:

Jay: Naliczylem 67 pieter.

Doraq (po namysle): Jay, a czy ty wiesz, jaka jest jedna z najwiekszych atrakcji Warszawy?

Jay: No jaka?

Doraq: Wjazd na 30. pietro Palacu Kultury...

Natomiast dzis cusik nam sie pogoda skopala - leje od rana. Ze zwiedzania Niu Jorku i tak bylyby wiec nici. Ruszylismy zatem w gory - 200 kilometrow na polnoc od Nowego Jorku.

Pierwszym przystankiem byl gigantyczny miejscowy outlet. Musze zlozyc do Watykanu wniosek o natychmiastowa beatyfikacje Mateusza, ktory przez cztery godziny cierpliwie znosil moja euforie ciuchowa. Euforia byla olbrzymia, bo oblowilam sie jak nie wiem co.

A teraz jestesmy w Monticello. To taki lokalny Beskid Wyspowy, nie tam zadne Kordyliery. Wokol gory niewysokie, lecz ladne i jesienne. Obok domku - jeziorko z zacumowanymi lodkami. W sasiedztwie - inne niewielkie domki urlopowe, w wiekszosci nalezace do Polakow, z ktorymi bedziemy sie w weekend integrowac. Do miasteczka jakies 4 kilometry, a centrum wyglada jak Madison County. Znow przenioslam sie do scenariusza filmowego. Bardzo milo, tylko zimno nieco. W kominku wlasnie sie grzeje, jest tez whiskacz na wypadek wszelki.

A wieczorem obejrzymy losowanie miejscowego totolotka. Jest kumulacja, kupilam wiec zaklad za 3 dolary. Mateusz zapytal, co zrobie, gdy wygram te 60 milionow polskich zlotych. Jak to co? Kupie sobie Meryl Streep. Na wlasnosc. ;-)

piątek, 09 października 2009
Nowy Jork - dzien czwarty

Sily witalnie nieco mnie opuscily po trzech dniach mega intensywnego latania po Manhattanie. Nie wiem po co zabralam buty do biegania, skoro i bez porannego joggingu lydki rwa mnie, jakbym przebyla polmaraton.

Powoli przyzwyczajam sie do tego miejskiego huku (choc coraz bardziej zastanawiam sie i powatpiewam, czy jest to szczegolnie przyjazne miejsce do zycia), a przede wszystkim - przestaje piszczec jak glupia na widok zoltych gimbusow, amerykanskich ciezarowek i widoku dzieciakow grajacych na wuefie w football amerykanski.

Kolekcjonuje za to glupawe informacje, ktore docieraja do mnie z miejscowych tabliczek i neonow. Na przyklad w kazdym kiblu restauracyjnym widnieje napis mowiacy, ze "pracownik po zalatwieniu potrzeb fizjologicznych zobowiazany jest do umycia rak". Albo ze nie wolno chodzic z otwarta parasolka po peronie metra. Czekam na zakaz latania z maczeta po sklepach spozywczych.

Co sie zas tyczy dzisiejszych aktywnosci, to tak: Z rana umowiona bylam na odwiedziny w amerykanskiej centrali Poczytnego-Tygodnika i bralam udzial w kolegium redakcyjnym - w sumie identycznym, co u nas. Piekna siedzibe maja - dwa pietra, duzo przestrzeni, super design... I ludzie bardzo sympatyczni. Choc oczywiscie, troszke zestresowana koniecznoscia mowienia plynna angielszczyzna, rozbawilam dziennikarska brac, bo chcac powiedziec, ze nie przepadam za kryminalami, wypalilam, ze nie lubie kryminalistow. I zorientowalam sie dopiero w momencie, gdy jeden z gosci ryknal: "No coz, chyba nikt ich nie lubi".

Natomiast po wizycie, skierowalam swe umeczone i ozdobne w bable stopy w kierunku miejscowych ksiegarni. Tu niestety - masakra. Oblecialam wszystkie sieciowki (czyli wszystkie dwie, bo Amerykanie albo nie czytaja w ogole (w metrze pisalo, ze 22 proc. mieszkancow Niu Jorku to analfabeci), albo kupuja przez internet. Gdybym nie zapytala ludzi z Amerykanskiego-Poczytnego, gdzie tu sie ksiazki kupuje, sama bym nic nie znalazla. Niestety, okazalo sie, ze jest gigantyczna luka w segmencie "biografie Meryl Streep", bo nic nie mieli na ten temat mi do powiedzenia.

Ruszylam zatem na Chinatown - wrazenia przecietne, po raz pierwszy chyba sie rozczarowalam. Wszystko w tym Nowym Jorku na taka olbrzymia skale zrobione, wiec spodziewalam sie drugiego Szanghaju. A zobaczylam taki troche stadion dziesieciolecia. Nie liczac miejscowej swiatyni buddyjskiej (usytuowanej jednakze w jakims sklepowym boksiku) i parku, w ktorym skosnoocy grali w te swoje chinskie warcaby.

Wieczor zas uplynal na szwedaniu sie po miescie z Jay'em i Nina - czyli tymi moimi nowymi nowojorskimi ziomalami, ktorych poznalam przedwczoraj. Teraz juz padam na twarz. I ciesze sie, bo obejrzalam praktycznie wszystko, co chcialam zobaczyc na Manhattanie, a potrzebuje malej przerwy. W odpowiedzi na to, jedziemy jutro z mym gospodarzem na weekend w gory. Domek nad jeziorem i glusza amerykanska dokola. To mi sie podoba!!!

Nowy Jork - dzien trzeci

Doswiadczenia me egzystencjalne chodza naprawde dziwacznymi drogami. Nawet tu, na obczyznie.

Z glupawych wydarzen a'la Bridget Jones, wyznam Wam w tajemnicy, ze dzis, ja - glupek - probowalam zadzwonic do Polski z parkometru (a najgorsze jest to, ze z tego, co pamietam, juz mi sie chyba to darzylo w zeszlym roku w Genewie). Bo tym razem wydedukowalam sobie, ze wielkie "P" na metalowej skrzynce to na pewno, bez zadnych watpliwoscie skrot od "Phone". I sie zastanawialam, co to za wandale podpieprzyli sluchawke.

Tak czy inaczej, spedzilam naprawde cudowny dzien. Korzystajac z piknej, choc wietrznej pogody, wybralam sie na 86. pietro Empire State Building, co by opstrykac cale miasto - alez widoki!!!!! O jena!!! O jena!!!

Potem spacerkiem ruszylam sobie 5th avenue, zahaczajac o Rockefeller Center, by w koncu wyladowac w Central Parku - kolejne mistrzostwo swiata! Z calej glebi mego sarmackiego patriotyzmu, wyznac musze, ze Lazienki Krolewskie moga sie schowac. Najbardziej wzruszylo mnie jeziorko, po ktorym nowojorczycy plywaja sobie lodeczkami, ach, ach...

Kiedy jednak emerycki spacerek dobiegl konca, skonczyly mi sie tez pomysly (i sily) na dalsze zwiedzanie. Postanowilam wiec zadzwonic do stacjonujacego w Nowym Jorku korespondenta Poczytnego-Tygodnika, a ten zabral mnie na zorganizowany w New York University panel dyskusyjny na temat Kapuscinskiego. Panel jak panel, jak to Amerykanie - mnostwo patosu i beatyfikacji zbiorowej hamowanej wylacznie przez uczestniczacego w dyskusji Wiktora Osiatynskiego.

Natomiast po panelu zostalismy zaproszeni na maly bankiecik do domu organizatorki calego wydarzenia. Skutkiem czego, wyladowalam na imprezce z konsulem generalnym polskiej ambasady oraz z rowniez bedacymi tu na kilka dni Pawlem Smolenskim i Wojciechem Jagielskim. Alez milo sie rozmawialo z rodakami na obczyznie! Ze tez trzeba bylo az do Niu Jorku jechac, zeby poznac mistrza Jagielskiego, hi hi...

Najsmieszniejsze jest to, ze Polakow obecnych tu przejazdem najbardziej integruje dyskusja na temat tego, jak opanowac sztuke przechodzenia na czerwonym swietle. Tym, ktorzy tu nigdy wczesniej nie byli wyjasnie, ze system "swiatlowy" jest tu dosc spontaniczny. Ze swiatlem zielonym to jeszcze pol biedy - jak sie swieci, mozna isc. Natomiast czerwone swiatlo, wedle amerykanskiego prawa, traktowac nalezy niejako wedlug uznania. Gdy swieci sie czerwona lapa, mozna isc, o ile samochody nie jada. A gdy jada, to nie wolno. W praktyce jednak nowego znaczenia nabiera zwrot "wolna amerykanka". Bo do swiatel nie stosuje sie nikt. Ludzie dryfuja miedzy samochodami, a samochody miedzy ludzmi. W efekcie robi sie z tego burdel jak na weselu w remizie. I kto by przypuszczal, ze przechodzenie na czerwonym swietle moze mi przynosic tyle adrenaliny. Moze niedlugo zaczne sie ekscytowac jedzeniem lodow w zimie na przyklad...

środa, 07 października 2009
Nowy Jork - Dzien drugi

Ach, zapomnialam Wam jeszcze napisac ostatnio, ze niezwykle mnie raduje i wzrusza chodzenie po nowojorskich sklepach z ciuchami. Bylam na przyklad w sklepie Levisa i Calvina Kleina, co by spodnie sobie pomierzyc. I myslalam, ze padne. Bo z calym szacunkiem dla osob pracujacych w uslugach odziezowych, ale jak sie w Polsce do H&M-u albo Zary wpadnie, to przechadzaja sie tam najczesciej dziwaczne paniusie, ktorych najodwazniejsza wypowiedzia jest: "W tej bluzce jest pani twarzowo, ladnie i w ogole do twarzy".

A tu - w tym Levisie, pracowaly dwie mega wypasione Murzyneczki typu "jou jou". Za kazdym razem, gdy wychodzilam z przebieralni, by przyjrzec sie sobie w kolejnych spodniach podchodzily do mnie i wykrzykiwaly cos, co w wolnym tlumaczeniu brzmialo: "Jou lala, sorry cie bardzo, ale ile ty kurna masz lat, zeby porty z takim wysokim pasem nosic? Zesz kurna, kobito, jak stara baba wyglasz, jakiec babciowate ciuchy wybierasz, wez no sie nie opierdzielaj, tylko wybierz cos bardziej woohoo!". Po czym przynosily mi do mierzenia cos, czego do konca zdefiniowac nie potrafilam - z tak maksymalnie obnizonym pasem, ze zastanawialam sie, czy to biodrowki, czy podkolanowki. A gdy postanowilam przyjrzec sie kolejnym spodniom nie wychodzac z przebieralni, zaczely stukac w drzwi i pytac: "Ej mamuska, umarlas tam, czy co"? Bosssko!

A tymczasem drugiego dnia wizyty w New Yorku odbebnilam dosc sporo zlotych punktow na mapie miasta - przede wszystkim: genialny i przepiekny Most Brooklynski, potem plac pozostaly po World Trade Center, dalej Wall Street, a w koncu poplynelam na Liberty Island zobaczyc Statue Wolnosci i Ellis Island.

Promem na Liberty Island plynelam z jakas gigantyczna wycieczka chasydow, strasznie mi bylo ich szkoda - na lodce dwadziescia kilka stopni, a ci poubierani od stop do glow. I jeszcze taka refleksja mnie naszla w sprawie pejsow - zastanawialam sie, co ma zrobic lysy chasyd? Czy do braci nie zostanie przyjety, czy ma sobie cos podoklejac? Jest to doprawdy dylemat natury etycznej.

No a wieczorkiem, zmeczona zgielkiem centrum Manhattanu i milionem ludzi na ulicach, pojechalam sobie na Greenwich Village, zeby cos przekasic i napic sie kawki. Barrrdzo mi sie tam podobalo!!! Super kawiarenki, mily klimacik i sympatyczni ludzie. W kawiarni poznalam fajna pare - kolo jest Amerykaninem, dziewczyna - Ukrainka. Poszwedalismy sie razem po dzielnicy. Barrdzo milo w kazdym razie.

wtorek, 06 października 2009
Pocztowki z USA

Witajcie, Drodzy, juz sie po raz nie wiem ktory sklanialam do tego, zeby dac blogowi odpoczac na wieki (wszak jak wiedza wszyscy tworcy paraliteraccy, usmiercenie bohatera za mlodu daje mu szanse na obrosniecie legenda).

No ale kobieta zmienna jest i wracam, chocby po to, by relacjonowac rozpoczety przeze mnie wczoraj trzytygodniowy tour po Stanach Zjednoczonych.

DZIEN PIERWSZY - NOWY JORK

Pewnie wielu z Was juz tu bylo i moze sie przyzwyczailiscie do amerykanskich widokow, tak jak Mateusz, chlopak, z ktorego gosciny tu korzystam, ktory mowi, ze w NYC zaskakuje go tylko to, gdy uda mu sie zlowic wieksza rybe gdzies nad okoliczna rzeczka. ale ja z szoku wyjsc nie moge. Wczoraj caly moj intelektualizm i zrowy rozsadek poszly sobie w cholere. Lazac po Manhattanie piszczalam jak glupia - o rany!!!! Tu jest wszystko dokladnie jak na filmach! Idzie sie jakas np. Park Avenue, a z obu stron taaaaakieeee giganty stoja!!! Jakby ustawili po obu waszych stronach Palace Kultury w szeregu!

Na poczatku to niesamowicie cieszy, ja zachowywalam sie jak przedszkolak! Potem na kilka godzin mnie to nieco przytloczylo - czulam sie taka straszliwie, straszliwie malutka w tym gigantycznym miescie (na mapie wszystko wyglada na polozone rzut beretem od siebie, a tak naprawde, to gigantyczne odleglosci). Ale na koniec znow wpadlam w euforie.

I tak juz zostalo. Niesamowity tygiel kulturowy, ludzie z kazdego chyba zakatku swiata!

Wczoraj calutki dzien szwedalam sie po Brodwayu i po okolicach Times Square - wow! Ale tam sie wszystko swieci - Beata Kozidrak bylaby zachwycona :). Ludzie sa bardzo mili (przynajmniej w centrum, bo Mateo wyznaczyl mi na mapie strefy, do ktorych nie mam prawa ruszyc, zeby mnie potem nie musial wyciagac z czarnoskorej niewoli), tylko wszyscy uwazaja mnie za Wloszke albo Francuzke - oznacza to chyba, ze z moim akcentem jest bardzo, bardzo kiepsko :).

Dzis znow piekna pogoda, wiec ruszam na Empire State Building. Kupilam tez sobie Vogue'a i Cole Light (to chyba wystarczajace przeslanki do nadania mi z tego tytulu amerykanskiego obywatelstwa :)), co by spoczac dzis w Central Parku i napawac sie nowojorskim klimatem. Do uslyszenia wkrotce!

Ciao, ciao! Wasza Amerykaneczka

czwartek, 16 lipca 2009
Koleżka z Zachodu
Dziś wpis długi będzie i nieco nudnawy (bo go zaczęłam w niedzielę pisać, a skończyłam dziś dopiero). Pełen dygresji, aluzji, żaluzji i (nie bójmy się tego słowa) farmazonów. Jeśli więc macie coś innego do roboty, nie krępujcie się - blog nie zając! Tymczasem napisać chciałam, że weekend minął mi, że się posłużę metaforą, pod sztandarami zbrodni i kary. Zbrodni dopuściłam się w sobotę - na wieczorze panieńskim mojej sister. Pewnego rodzaju płyny mi nie służą, dlatego w niedzielę czekała mnie kara sroga. Przeżyłam śmierć kliniczną.

Po południu co prawda się poprawiło. Już kilka dni wcześniej obiecałam Bruce'owi, że w niedzielę pójdziemy do teatru, zeżarłam zatem chyba całe opakowanie aspiryny, zjadłam obrzydliwe tłuste jedzenie i jakoś trucizna zaczęła się rozkładać, a ja na moment wróciłam do krainy żywych.

Wieczorem jednak delira wróciła, a ja na powrót żywcem do Hadesu zstąpiłam. Z dziką radością rzuciłam się więc do wyra, planując spędzić spokojny wieczór z drzemką i doktorem hausem na DVD. Niestety, już po kwadransie sielanki, zadzwoniła komóra.

Dzwonił mój kumpel - Niemiec, z którym nie miałam żadnego kontaktu od jakichś 3-4 lat. Powiedział, że przyjechał właśnie do Warszawy na zaproszenie przyjaciół. Problem w tym, że owi przyjaciele w ogóle nie odbierają telefonu. He, he - tradycyjna polska gościnność! No i że nie wie co robić. Przez ułamek sekundy walczyły wewnątrz mnie żywioły: z pulsującej do granic możliwości głowy płynęły sygnały: Olej to i idź spać. Z kolei me dobre serce prostej chłopki kazało nieść pomoc bliźniemu. Dlatego powiedziałam: no problem, ziom. Już po ciebie jadę i możesz u mnie kimać.

Jadąc po Niemca-Koleżkę marzyłam o tym, by był skrajnie zmęczony podróżą do Polski, podziębiony, odwodniony... cokolwiek - byle by jak najszybciej uderzył w kimę. Niestety. Z początku nawet dobrze się nam spędzało czas. W końcu nie widzieliśmy się parę ładnych lat, było więc sporo zaległości do nadrobienia. Zamówiliśmy pizzę (bo jak zwykle Panna-Doraq - ukryta bulimiczka i pierwsza gospocha Rzeczypospolitej miała w lodówce pustki) i urządziliśmy pogaduchy.

Problemy zaczęły się w okolicach północy, kiedy mój zegar biologiczny coraz konsekwentniej wskazywał, że pora spać, tymczasem Niemiec-Koleżka dopiero się rozkręcał. A że jest w ojczyźnie swej działaczem protestanckim, aktywistą wielkim i w ogóle, postanowił pokazać mi na DVD wyreżyserowaną przez siebie sztukę.

Trzeba przyznać, że była świetnie zrobiona - pełna multimediów i fajerwerków. Miała jednak dwie podstawowe wady: po pierwsze: trwała ponad dwie godziny. Po drugie - była to inscenizacja drogi krzyżowej po niemiecku!

Średnio raz na kwadrans chrząkałam delikatnie i zaznaczałam Niemcowi-Koleżce jak bardzo cenię jego dzieło (bo tak w istocie było), ale że jeszcze bardziej bym je ceniła, gdybym obejrzała je w pełni sił, na przykład rano przy śniadaniu. Koleżka był jednak nieugięty. Tłumaczył mi wszystkie dialogi na angielski, a niektóre sceny nawet przewijał, bym mogła się im przyjrzeć jeszcze raz.

Gdybym była w pełni sił twórczych, z pewnością doceniałabym to o wiele bardziej. Ale w kontekście galopującego kaca i zarwanej nocki, miałam poczucie jakiegoś absurdu! Zielona Białołęka, druga w nocy, a ja siedzę z jakimś gościem wykrzykującym po angielsku: "Uwolnić Barabasza! Uwolnić Barabasza!". I nie pozwalającym na przeskoczenie choćby jednej sceny. Jakbym kurde fabuły nie znała. No i jeszcze ten niemiecki... gra aktorów niby poruszająca była... no ale ja po niemiecku rozumiem jedynie słowo "Volkswagen", dlatego kwestie wypowiadane przez aktorów kojarzyły mi się li i tylko z dubbingiem w serialu "Alf" emitowanym przez niemiecką kablówkę.

Zakończyliśmy tę metafizyczno-lingwistyczną przygodę przed trzecią w nocy. Dawno nie kładłam się spać tak szczęśliwa. I tak pewna, że me winy doczesne zostały odkupione.
środa, 08 lipca 2009
Piękna pani
W dzisiejszej Wyborce przeczytałam: "Jeśli nie masz pomysłu na wakacje, zrób certyfikat Cambridge". No rzeczywiście - świetna myśl, cóż za labowe szaleństwo! Już bym wolała chyba jechać na wczasy z harcerzami albo poprzez kurs wysyłkowy nauczyć się różniczkowania .

Tymczasem Jadwinia planów wakacyjnych dziś nie miała, bo zimno i padało, więc została w domu, zamiast po ogródku hasać. Wymyśliła sobie więc alternatywną zabawę: trzymała w pyszczku wielkie kępki siana i machała łebkiem na wszystkie strony. W pierwszej chwili myślałam, że to jakieś początkowe stadium choroby Krojcwelda-Dżakoba, dopiero po chwili skonstatowałam, że to wszystko to taki króliczy żarcik. Tak czy owak, Jadwinia w całym tym kontekście wyglądała przekomicznie. Jak poseł Putra na Oktoberfest.

Z kolei ja tuż po pracy zabrałam się za załatwianie formalności wizowych, jako że w październiku wybieram się za ocean. Krok pierwszy - fotka do wizy. Już zrobiona. Do kolekcji i na wystawę: "Recydywa w obiektywie". Jeszcze niedawno myślałam, że najgorsze zdjęcie zrobiono mi do dyplomu magisterskiego (pt. "Podtopiona mysz wyłania się nagle z otchłani Zalewu Zegrzyńskiego") - ta fota przebiła nawet jedno moje zdjęcie z czasów licealnych, na którym wyglądam jakbym miała szklane oko. A dziś... o rany... powiem tylko tyle, że brakuje mi na nim wyłącznie numeru seryjnego i byłabym "Prison Break". Nawet T-shirt w paseczki założyłam. Pocieszam się, że mam piękne wnętrze.

Aha, a na koniec dnia spotkał mnie kolejny etap sagi pt. Panna-Doraq próbuje być paniusią. Ostatnimi czasy, po krwawych zmaganiach z depilatorem (pamiętacie?) zaniechałam zabiegów szczególnie upiękniających, ale dziś znów mi odbiło. Podczas kąpieli zauważyłam, że w szafeczce z kosmetykami nie wiadomo skąd znalazł się "Ujędrniający scrub do ciała, do użycia podczas kąpieli". Cały kontekst socjologiczny uznałam za sprzyjający. Otworzyłam więc słoiczek z mazią przypominającą rozwodniony żurek i się smarować i masować zaczęłam jak głupia. No i rzeczywiście. Teraz ujędrniona jestem jak guma do żucia. I pachnę pięknie, jak świerzop (pojęcia nie mam, czy świerzop pachnie, ale jeśli tak, to na pewno bardzo świeżo). Jedynym problemem było zmycie tego ustrojstwa z siebie. Bo przyklejało się to do ciała jak guma arabska. Takie kryształy soli wielgachne, które ujędrnić i ukrwić miały wszystko, co jeszcze we mnie nie ukrwione. I ja cała tymi kryształami oblazłam. Jak Lady Svarowski. Albo raczej jak kieliszek do margarity wyglądałam. I jeszcze teraz, już w wyrze to dziadostwo nadal z siebie ściągam. Czego to ludzie kurde mol nie wymyślą...
wtorek, 07 lipca 2009
Lipcowa reaktywacja

Jeszcze dziś rano w ogóle o blogu nie myślałam. Może to złamane czoło spowodowało u mnie wielomiesięczną niemoc twórczą. Aż tu nagle... szast! prrast! pyrrrt!... kopsnęłam się do wyra, odpaliłam komputer i myśl jak piorun się pojawiła: trzeba wpis stworzyć!

Niestety, łatwo nie jest. Czuję się tak, jakby dawno niewidziana osoba zapytała mnie: co słychać? A jak mniemam, nie zaspokoi Was, drodzy Czytelnicy lakoniczne "wszystko w porzo, a co u Was?". Dlatego w punktach minione miesiące warto streścić:

1. Na włościach trwa wojna z deweloperem. Trzy rynny, jakie zamieszczono mi na ogródku (chyba już o tym pisałam) stwarzają doskonałe warunki do założenia plantacji ryżu, pozwalają też nazywać moją dzielnicę nie tylko "Zieloną Białołęką", ale również "Wenecją Mazowsza". Gorzej z funkcjami rekreacyjno-estetycznymi. A jako że nie zamierzam na razie porzucać sektora usług na rzecz dopłat dla rolników, awanturuję się dnia każdego w biurze dewelopera, domagając się, aby zrobiono mi na ogródku drenaże. Ostatnio posunęłam się nawet do zakrojonej na niewielką skalę okupacji biura. W efekcie drenaże mają przybyć do majątku w okolicach 15 lipca.

2. Jadwinia zagościła w końcu na stałe w majątku. Jest przeszczęśliwa. Wyzdrowiała do reszty, biega jak szalona po ogródku i zachwyca się światem. A szczególnie tym 65-metrowym dywanem, który można jeść. A ja zaoszczędziłam na kosiarce do trawy.

3. Niespełna dwa miesiące temu mój dumnie noszony na sercu status singielki został porzucony. Wolność i swobodę postanowiłam porzucić na rzecz pewnego G., który (gdy założy moje okulary) do złudzenia przypomina Bruce'a Willisa. Dlatego na blogu funkcjonować będzie jako Bruce... i z pewnością bardzo go ucieszy fakt, że notka o nim pojawiła się po doniesieniach z życia ogródków i królików, he he.

4. Półtora tygodnia temu wróciłam z rejsu dziennikarzy do St. Petersburga. Ekspedycja życia, bo Panna Doraq pierwszy raz na morzu tak długo (9 dni) była. Poznało się fajnych ludzi, poodpoczywało i ma się mnóstwo wspomnień. Które żartobliwie nazwać można "owocami morza".

A z najnowszych informacji z cyklu: niecodzienne zdarzenia z udziałem Panny-Doraq, tylko jedno na razie przychodzi mi do głowy. Z soboty minionej. Tłukłam się komunikacją publiczną na ślub brata mojego Bruce'a. W okolicach Starówki wsiadł jakiś koleżka i miejsce zajął naprzeciwko. A Panna-Doraq co prawda już po słowie (albo raczej po pół-słówku) z Brucem, jednak kobiece instynkty jeszcze w niej nie wygasły. Tym bardziej, że książki ze sobą nie miała, a więc również do roboty nic nie było, to zaczęła waćpana lustrować. I skontatowała głęboko i filozoficznie, że waćpan naprzeciwko to w sumie piękny facet jest. Że taką urodę amanta ma. I że powinien co najmniej w jakiejś agencji modelingu pracować albo chodzić po ulicach i rozdawać ludziom metaforyczne piękno. Ale też - z drugiej strony - zauważyła wnikliwa Panna-Doraq, że waćpan ubrany jest jak ostatni jełop. A co najgorsze - że na nogach białe skarpetki ma i do tego sandały. "Student politechniki jako żywo" - zdiagnozowała Panna-Doraq myśląc, że tej tezy nie uda jej się nigdy zweryfikować.

Wyszła więc z autobusu na Sadybie, ruszyła na ślub, weszła do kościoła... Msza się zaczęła, śpiewy, ceremoniały itede.... Aż tu nagle Panna-Doraq patrzy, a tu się okazuje, że jełopowaty odzieżowo przystojniak to pan kleryk w ślubie uczestniczący! Ha! I wszystko wyszło na jaw. Że nawet nie tyle kleryk źle ubrany był, co po prostu... każdy ciuch miał z innej parafii!

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 38